poniedziałek, 25 maja 2015

Kiedy? Co? Jak?

Hej!!!  Witamy wszystkich, którzy czytają nasze amatorskie wypociny :)

Dziękujmy Wam  za takie cudowne komentarze- są bardzo motywujące oraz za te 450 wyświetleń :P

Rozdziału 2 prawdopodobnie można się spodziewać pod koniec tygodnia bądź na początku następnego (chociaż  nie obiecujemy, że na pewno...)

Przepraszamy bardzo, ale sami rozumiecie (sprawdziany, kartkówki, poprawy i tak dalej. Nauczyciele się uwzięli...).

Zbliża się koniec roku, więc trzeba trochę wyciągnąć sobie średnią (żeby się rodzice za bardzo nie ,,wpieniali''  i zafundowali jakieś przyzwoite wakacje to  trzeba się starać :D)

PS Mamy nadzieję, że na razie weny  nam nie zabraknie :) ( rozdział 3 i 4 są w ,,toku'' )
     Jak wam się podoba nowe tło? (Osobiście wydaje się nam lepsze). W najbliższym czasie powinien pojawić się spis postaci ze zdjęciami ich realnych wzorców (uczniowie naszej klasy >.<)
    
                                                                     UWAGA!
Od wtorku ( 02.06.2015 r. ) adres będzie zmieniony na: z-obozu-herosow.blogspot.com, więc zapiszcie sobie czy ,co tam chcenie- grunt byście wiedzieli :) Powiedzcie  znajomym, polecajcie, jeśli się podoba i jak możecie podzielcie się opinią w komentarzach :)
                                                                                                                    Pozdrawiamy :*
                                                                                                                         Miłego dnia! :)

                                                                                                                           ~Autorki~


                                                                                                                    


wtorek, 19 maja 2015

Przepraszamy!

   Hej! Rozdział drugi zostanie wstawiony z opóźnieniem ( wynikło małe nieporozumienie ) Postaramy się to wynagrodzić tym osobom, które to czytają (o ile takie są ) Prosimy o komentarze i  szczere opinie. Jeśli widzicie błędy prosimy o ich wytykanie :)

~ Autorki ~


Witam! Jak wiadomo, bezczelność to moje drugie imię, ale tym razem postanawiam stępić pióro i grzecznie podziękować za komentarze w imieniu swoim  i obu autorek. Dodanie drugiego rozdziału opóźni się z tego względu, że mnie najzwyczajniej w świecie nie chce się tego tu przepisywać i poprawiać (a wierzcie mi, robię coś więcej niż tylko poprawianie literówki czy orta).
Zachęcam do słania linku (tak, już zmienionego) znajomym i, wow, czuję się jak Komorowski, zachęcania znajomych do czytania. Bardzo się cieszę, że się podoba i gorąco proszę, byście z nami zostali. A, jeszcze do ninja, którzy nabijają nam wyświetlenia i nie komentują - wierzcie mi, komentarze nie powodują żadnych poważniejszych chorób.
Specjalnie dla was odpalam bezczelną emotikonkę: :>

Z pozdrowieniami
- Hoho

środa, 13 maja 2015

ROZDZIAŁ 1

  Z wielkim chamstwem i samowolką pozwalam sobie haniebnie zamieścić ten rozdział pod nieobecność obu autorek. :) 
Z podzrowieniami
 - Hoho

   Myślałam, że umarłam. Ale nie, nie ma tak lekko. Chciałoby się. Leżałam trzy dni, karmiona ambrozją, pojona nektarem, powoli zabijana trucizną z zatrutej strzały, która mnie przebiła niemal na wylot. Mogłam zginąć, ale jestem herosem, czyli jeden z moich rodziców był greckim bóstwem. A zatruta strzała była przeznaczona dla piekielnego ogara, którego zauważyłam wtedy, w parku. Ta. A teraz wzlecę na skrzydlatym koniu, w kierunku zielonych obłoków, podziwiając zachód tańczącego sambę słońca. 
   Zazwyczaj narkotyki omijałam szerokim łukiem. Dzisiaj jednak, gdy obudziłam się w pomieszczeniu o beżowych ścianach byłam pewna, że coś brałam.
   Leżałam na wygodnym łóżku i bałam się wstać. Wokół mnie porozkładane były różne części greckich zbroi, które znałam z opisów w mitologii albo z Homera czy infografiki na lekcji historii. Drgnęłam, gdy usłyszałam czyjś głos.
   - Pan D. i Chejron chcą cię widzieć. W Wielkim Domu.
   Zamrugałam kilkukrotnie i zauważyłam złotowłosą dziewczynę o miłych, brązowych oczach. Za ucho miała wetknięty kwiat białego goździka, a na jej idealnie prostych, lśniących włosach zobaczyłam wianek z polnych kwiatów. Uśmiechnęła się widząc, jak uważnie ją obserwuję.
   - Nazywam się Laura Verbov - powiedziała, zaciągając lekko z rosyjskim akcentem. - To jest Goździk, a tu przedstawiam ci Rutę, Stokrotkę, Maka, Trawę Polną, Rumiana i Mlecza - mówiła, dotykając po kolei kwiatów na swoim wianku. Poraziła mnie czułość z jaką to mówiła. Jakby każdy kwiat był jej dzieckiem. Wyciągnęła w moją stronę bukiet pięknych, czerwonych kwiatów.
   - To frezje czerwone. Mówią, że cieszy mnie twoja obecność. Do tego pasują do ciebie - wyjaśniła. Przyjęłam bukiet, skinąwszy lekko głową. Frezje pachniały cudownie - słodko, ale nie aż tak, by mdliło, wyrafinowanie, elegancko i niezbyt intensywnie.
   - Eee... Aha. To znaczy, dzięki - powiedziałam, próbując się uśmiechnąć.
   Laura skinęła głową, założyła słomiany kapelusz i chwyciła kosę opartą o ścianę. Zauważyłam, że do paska spodni miała przypięty sierp. Teraz wyglądała groźnie - jej brązowe oczy wydawały się ciemniejsze w cieniu kapelusza pod którym zniknął wianek z polnych kwiatów. Przypominała mi Demeter z ilustracji w podręczniku.
   Poprowadziła mnie do Wielkiego Domu, przy okazji wszystko mi opowiadając. Właśnie najpierw od Laury dowiedziałam się o piekielnym ogarze, Obozie Herosów, centaurach, satyrach, najadach i... myślałam, że moja głowa eksploduje od nadmiaru informacji.
   - Jestem córką Demeter, mój tata jest Rosjaninem - wyznała Laura. Chciałam zapytać, co mnie to obchodzi, ale się powstrzymałam. Nie lubiłam ludzi. Zawsze zachowywałam się przy nich, jakby stanowili dla mnie zagrożenie i reagowałam na to agresją. Taka już byłam. Dziś jednak nic nie zdążyło mnie porządnie zdenerwować. Obecność córki Demeter wpływała na mnie dziwnie kojąco.
   - No to... cześć. - Uśmiechnęła się, a ja weszłam do Wielkiego Domu. Obróciłam się jeszcze przez ramię.
   - Lauro?
   - Mhm?
   - Nie wierzę w ani jedno twoje słowo.
   Dziewczyna wzruszyła ramionami z ignorancją, uśmiechając się przyjaźnie do kilku mleczy, które splatała w wianek.
   - Jest i nasz skarb - usłyszałam czyjś przesycony ironią głos.
   - Hamuj się, Dionizosie, ona jeszcze nic nie zrobiła - upomniał go ktoś inny.
   - Jak się okaże kolejnym bachorem od Trójki, to ja chyba oczadzieję.
   - To nie wina tej dziewczyny, że Cassidy...
   - Chejronie, jeszcze jedna wzmianka o...
   Oboje ucichli, gdy podeszłam bliżej, do rozłamanego na pół stołu, z którego się lekko się dymiło. Za blatem ujrzałam bladego mężczyznę o ciemnych, kręconych włosach. Miał na sobie hawajską koszulę w prążki. Gniew, z jakim na mnie patrzył niemal sprawił, że skuliłam się w sobie. Obok niego stał inny mężczyzna. Mężczyzna? Może nawet nie człowiek. Tajemniczy ktoś od pasa w dół był... kozą. Jak nie koniem. Nagle zdałam sobie sprawę, że jest to centaur.
   - Mówi się dzień dobry - syknął ten w hawajskiej koszuli.
   - Dionizosie. - Centaur spojrzał z naganą na boga wina. - Jak się nazywasz?
   - Hay - bąknęłam. - To znaczy, Hayden Miror.
   - Dobrze. Ja jestem Chejron, centaur.
   - Zauważyłam - syknęłam, odrzucając włosy. Dionizos niemal się spienił.
   - Widzisz? Wcale bym się nie zdziwił...
   Mamrotał coś do siebie pod nosem o dwóch gówniarach z którymi są same problemy, o trzech bogach niestosujących się do zasad i o córce Zeusa, która zniszczyła całkiem dobry stół.
   - Ile masz lat? - w końcu zwrócił się do mnie.
   - Kobiet się o wiek nie pyta - upomniałam wyniośle, patrząc na niego z chłodem. Kimkolwiek była ta córka Zeusa, już ją lubiłam. Sama bym rozwaliła ten stół.
   Dionizos wstał. W jego oczach czaiła się nieokiełznana wściekłość. Miałam ochotę się roześmiać.
   Centaur uspokoił go i podał mi krzesło. Usiadłam. Wtedy zaczął mi opowiadać o... mniej więcej o tym, co opowiadała mi Laura Verbov. O tytanach, bogach, herosach. Powiedziano mi, że jestem pół-krwi, czyli albo jakiś bóg albo bogini jest jednym z moich rodziców. Dionizos wtrącił z jadem, że Zeusa, Pana Niebios, Posejdona, Króla Mórz i Hadesa, Władcę Podziemi nazywa się Wielką Trójką i złożyli oni przysięgę, że nie będą mieć dzieci, bo mogą one być zbyt potężne i niebezpieczne.
   - No i zbyt głupie - wtrącił między zdaniami, patrząc z niesmakiem na rozpołowiony stół.
   - To brednie - parsknęłam. - Idiotyzm i kretyństwo. Głupie gadanie głupiego kolesia.
   W tym momencie powietrze wypełniło się zapachem winogron. Z paniką uświadomiłam sobie, że moją talię zaczynają oplatać pnącza winorośli. Zacisnęłam zęby z bólu. Pnącza ściskały jak średniowieczny gorset. Dionizos, bóg wina, zanosił się szyderczym śmiechem.
   - No co, już nie jesteś taka mądra? - wycedził. Jęknęłam cicho, unosząc głowę.
   - Przepraszam! Już wierzę! - skłamałam, byleby tylko winorośl się cofnęła.
   No i zaczął tyradę o wrednych bachorach z tego Obozu, na którym wszyscy mojego pokroju uczą się, jak przeżyć w pełnym niebezpieczeństw świecie i bla, bla, bla.
   Westchnęłam i zwinęłam Dionizosowi sprzed nosa puszkę coli.
   - Ejże! - wykrzyknął. Z krzywym uśmiechem otworzyłam puszkę i pociągnęłam łyk. Fuj. Dietetyczna.
   - Hayden, kto cię wychowuje? Matka czy ojciec?
   - Babcia. Nie znam rodziców - odparłam beztrosko, sącząc colę.
   - Boisz się pająków? Lubisz pływać? Masz rękę do roślin? - centaur zasypywał mnie pytaniami. Zaprzeczyłam wszystkiemu.
   - Wykluczamy Atenę, Posejdona i Demeter - westchnął koniowaty.
   - Mnie i Afrodytę też - dodał Dionizos. - Za piękna nie jest, a ja wyrzekam się takiej kretynki.
   Zagotowało się we mnie. Wstałam i ze złością cisnęłam krzesłem w ścianę za Dionizosem. Nie wiedziałam, skąd u mnie tyle siły.
   - Kto tu jest kretynem?! - wykrzyknęłam. - Zastanówmy się. Hmm... Pan! - Wycelowałam w mężczyznę oskarżycielsko palcem, mrużąc oczy.
   - Wynocha mi stąd! - on również krzyczał. - Do widzenia! Domek jedenaście, won!
   Obrzuciłam go niechętnym spojrzeniem i wyszłam. Laury Verbov już nie spotkałam. Nie no, może była gdzieś w tłumie osób, który mnie otoczył. Przede mną stanęła niewysoka szatynka o dużych, niebieskich oczach, które przypominały mi ocean. Jej długie włosy falowały się lekko i gładko spływały po łopatkach. Była ubrana w intensywnie pomarańczową koszulkę z czarnym napisem ''Obóz Herosów''.
   - Hej, jestem Victorie Lawrence - powiedziała, uśmiechając się lekko. Myślałam, że ją uderzę. Lepiej do mnie nie podchodzić, gdy jestem wściekła. Pan D. vel Dionizos skutecznie popsuł mi humor.
   - Mam to gdzieś - syknęłam, mijając ją. Zastąpiła mi drogę.
   - Nazywam się Victorie Lawrence, jestem córką Posejdona - powtórzyła, jakbym nie dosłyszała. Westchnęłam, wywracając oczami.
   - Nic mnie to nie obchodzi, dotarło?
   Uświadomiłam sobie, że nadal ściskam w jednej dłoni bukiet frezji. Cisnęłam je ze złością w dziewczynę. Kilka osób z tłumu patrzyło na mnie wielkimi oczami, inni uśmiechali się pod nosem, a jeszcze inni spod ciężkich powiek, śledzili mnie wzrokiem. Córka Posejdona zmarszczyła czoło.
   - Co ty jesteś taka niemiła? Masz okres, czy jak?
   Krąg osób, w środku którego się znajdowałyśmy, zaniósł się śmiechem. Zapiekły mnie policzki.
   - Ciekawe, czy ty byś była miła, jakby jakaś tępa kretynka łaziła za tobą co krok i próbowała utrudnić życie! - wykrzyknęłam i chlusnęłam ją colą w twarz. Strumień ciemnej cieczy spływał po jej twarzy, szyi, za dekolt. Wybuchnęłam śmiechem, widząc, jak jej koszulka przylepia się do piersi i przez pomarańcz przebija neonowa zieleń.
   - Ładny stanik, Lawrence - prychnął ktoś z tłumu. Cała grupka osób roześmiała się szyderczo a Victorie stała i patrzyła się na mnie z otwartymi ustami. W jej oczach przypominających kolorem głębokie morze płonęła wściekłość.
   Odeszłam, czując szczerą satysfakcję. Ona tam nadal stała. Wyśmiewana przez około dwa tuziny osób. Przeze mnie.
   Roześmiałam się cicho.

    Dlaczego ona to zrobiła? Dlaczego ta dziewczyna mi to zrobiła? Nie zawiniłam jej niczym. Nie uszczypnęłam jej, nie przezwałam. Chciałam się tylko zapoznać.
   Ukryłam twarz w dłoniach. Obok mnie siedział Kevin, mój dobry przyjaciel. Ceniłam go za szczerość. I zaufanie. I to, że nigdy mnie nie opuszczał. Zawsze starał się pomóc.
   - Kevin, powiedz szczerze - spojrzałam na chłopaka. Szkliły mi się oczy, ale przy nim nie czułam się głupio z tego powodu. - Czy ja jestem tępą kretynką? Czy utrudniam ludziom życie?
   Koszulka nadal lepiła mi się do ciała. Przeklinałam się w duchu, że założyłam akurat ten stanik - pierwszy lepszy z brzegu.
   Mój przyjaciel przytulił mnie mocno.
   - Proszę, nawet o tym nie myśl - poprosił. Wtuliłam się w jego ramię. - To ona jest raczej tępą kretynką, skoro zachowuje się tak wobec normalnych, miłych ludzi.
   Oderwałam się od niego. Spojrzałam w oczy synowi Hermesa.
   - Czyli jestem normalna i miła, tak?
   Uśmiechnął się.
   - Normalna, miła, serdeczna... Mądra. I ładna. Jesteś moją przyjaciółką, Vic. Jesteś córką Posejdona.
   Westchnęłam i uśmiechnęłam się do niego. Dobrze jest mieć kogoś takiego, jak ty, chciałam powiedzieć, ale bałam się, że może to opacznie zrozumieć. Bez słów ścisnęłam go mocno i szepnęłam ciche:
   - Dzięki.
   Zamiast odpowiedzieć, pogładził mnie po plecach i odszedł.
   Stałam przez chwilę odprowadzając go wzrokiem i wyszłam wolno na drewniany pomost znajdujący się przed domkiem Posejdona. Spojrzałam w dal. Mój wzrok utonął w wodach Atlantyku. Przymknęłam oczy, czując na twarzy morską bryzę, otulającą mnie jak lekki, niewidzialny płaszcz. Kąciki moich ust mimowolnie uniosły się do góry. Woda. Woda to zawsze było coś, co mnie uspokajało. Ocean dawał mi poczucie wolności, czułam się sobą, nie ograniczana towarzystwem innych. Tylko ja i morska woda - niemal jedno.
   Zdjęłam koszulkę i rzuciłam ją gdzieś za siebie. Nie otwierałam oczu. To była moja chwila, to był czas, by wściekłość i żal ulotnił się z mojego serca. Rozebrałam się więc do bielizny i skoczyłam.
   Miałam ochotę się roześmiać. Płynęłam w stronę... Tak naprawdę, to nie wiedziałam, gdzie płynęłam. Dryfowałam spokojnie na plecach, czując rozkosznie ciepłe promienie słońca na mokrej skórze. Pod wodą śmiałam się w głos, obracając się, nieruchomiejąc, znów wypływając na powierzchnię. Nie myślałam o niczym. Hayden? Hayden wydała mi się tak odległa jak kosmos. Jakbym żyła w zupełnie innym świecie.
   I nagle poczułam, że prąd morski wyniósł mnie na brzeg - tam, gdzie las spotykał się z Atlantykiem. Westchnęłam, leżąc na mokrej ziemi, jak wyrzucona na brzeg kłoda. I wtedy usłyszałam czyjś głos.
   - Naprawdę łady stanik, Lawrence. Gorzej, że nic w nim nie ma.

wtorek, 12 maja 2015

PROLOG

   Pewnie wielu z was wyobraża sobie uciekanie z domu tak samo: kłótnia z rodzicami, pakowanie ubrań, pieniędzy i jedzenia do podręcznego plecaka, nocny skok przez okno i wycieczka do znajomej, która mieszka jak najdalej od was. W autobusie piszecie SMS do rodziców, że żyjecie i niedługo wrócicie. A po powrocie witają was jak syna marnotrawnego i niemal na kolanach przepraszają za każde słowo, które was obraziło. Ja do niedawna też tak wyobrażałam sobie ucieczkę z domu, ale cały ten scenariusz szlag trafił.
   Mieszkałam z babcią. Co z moimi rodzicami? Tak naprawdę to nigdy ich nie poznałam. Za każdym razem, gdy pytałam o nich babcię, odpowiadała wymijająco bądź zbywała mnie. Nie wiedziałam nawet, czy żyją, gdzie mieszkają. Miałam tylko babcię Josephine, którą po prostu nazywałam babcią Jo.
   Często miałam wrażenie, że jestem obserwowana, ale nigdy nie było ono tak silne, jak tamtego dnia. Czułam na sobie czyjś wzrok gdy szłam po zakupy, do szkoły a nawet we własnym domu. Ilekroć obracałam się przez ramię w poszukiwaniu gapia, widziałam tylko pustą przestrzeń. To była schizofrenia? Nie dość, że mam ADHD, dysleksję, dysgrafię i... No, ogółem pewnie wszystko, co ma przedrostek ''dys'' to jeszcze schizofrenia! To było straszne.
   Myślałam, że jak natychmiast nie wyjdę z domu to mi palma odbije. Wzięłam więc koc piknikowy i mitologię grecką, która ostatnimi czasy była moją ulubioną lekturą.
   - Wychodzę! - krzyknęłam do babci Jo i wyszłam na świeże powietrze. Rzekomo byłam bardzo trudnym dzieckiem. Nie pytałam ''Mogę wyjść, babciu Jo?'' tylko od razu stawiałam babcię przed faktem dokonanym.  Po prostu wyszłam. Szkoda tylko, że nie wiedziałam, iż szybko nie wrócę...
   Wspominałam już, że jestem dziwna? Ach, pardon, nienormalna. A bez wątpienia jestem nienormalna. Miałam dziwne zaburzenia świadomości - w pewnej chwili byłam w jakimś miejscu a chwilę potem byłam już tam, gdzie chciałam się znaleźć. Najpierw myślałam, że jestem czarownicą, ale potem uznałam, że mój mózg po prostu się wyłącza i włącza, gdy już dojdę na miejsce.
   Tamtego dnia szłam do parku i było tak, jak zawsze - nagle znalazłam się tam, gdzie chciałam być. Westchnęłam tylko, rozkładając koc i padłam na niego, jakbym przed chwilą przebiegła maraton. Zawsze tak było, gdy ''teleportowałam'' się z miejsca na miejsce.
   Przestałam w końcu myśleć o swojej odmienności i otworzyłam mitologię na moim ulubionym rozdziale: Herosi. Leżałam i czytałam. W pewnym momencie kątem oka zauważyłam coś czarnego.
   Był to pies. Nie, nie słodki chihuahua w różowym kubraczku. To była bestia. Wielka, czarna, koścista bestia o jadowicie czerwonych ślepiach wpatrzonych prosto we mnie.
   Serce zaczęło mi bić szybciej, a w okolicach żołądka pojawił się ostry, piekący ból. Jęknęłam cicho, chwytając się za brzuch. I w pewnym momencie, może z bólu, może ze strachu, całkowicie straciłam świadomość.
   Poczułam tylko, jak mitologia wypada mi z ręki i usłyszałam mrożące krew w żyłach warknięcie bestii o czerwonych oczach.

Witamy!

 WITAMY!



Hej wam! Zapraszamy na naszego bloga. Zachęcamy do czytania, komentowania i wytykania błędów. Piszę bloga z przyjaciółką i warto wspomnieć o Hoho, która to wszystko poprawia i udziela dobrych rad. Informujemy, że jest to nasz pierwszy blog - spokojnie możemy nazwać siebie amatorkami.
Dziękujemy wszystkim, którzy tu zajrzą, zobaczą, przeczytają i zostawią po sobie komentarz :)