poniedziałek, 15 czerwca 2015

ROZDZIAŁ 3

Witajcie wszyscy komentujący!!! Nie mogłam się powstrzymać, więc wstawiłam trzeci rozdział-wiem, że jest za krótki...Szczerze zachęcam do komentowania! Były dwie pozytywne opinię, więc na razie piszemy dalej.
A propos pisania...Prowadzenie tego bloga jest dla nas przyjemnością i nowym bardzo ciekawym doświadczeniem.
Pozdrawiamy :*
~Autorki

Hayden pali się! Wstawaj! - usłyszałam czyjś zdenerwowany głos.
Niechętnie otworzyłam oczy. Uniosłam głowę, nade mną stała Ivy. Omiotłam wzrokiem cały domek-ani śladu ognia, spostrzegłam za to, że jestem jedyną osobą ,która jeszcze nie wstała.
-Musiałam cię jakoś obudzić - powiedziała i uśmiechnęła się przepraszająco-spałaś jak zabita.
-Nie dziw mi się - poprzedniej nocy nie zmrużyłam oczu.- ziewnęłam
-O dziesiątej zgłoś się na arenę-powiedziała i dotknęła palcem wskazującym czarno-biały zegarek, który miała na ręku, i wyszła pozostawiając mnie samą.
  Westchnęłam, poszłam do łazienki, wzięłam prysznic, umyłam i wysuszyłam włosy. Stanęłam przed lustrem-po raz kolejny dotarło do mnie jak bardzo jestem brzydka. Moje czarne włosy opadały na ramiona, miałam taką wstrętną bladą cerę, za małe usta w krwisto czerwonym kolorze. Jedyną rzeczą, która mi się we mnie podobała były moje wielkie ciemno brązowe oczy.
Założyłam tą wściekle pomarańczową obozową koszulkę, jeansowe spodenki i czarne trampki. Włosy związałam w koński ogon i po raz kolejny skrzywiłam się widząc własne odbicie, wyszłam z domku Hermesa.
  Z dojściem na arenę nie miałam większego problemu ponieważ budynek było widać już z daleka. Potem miałam łucznictwo na, którym szło mi coraz lepiej.
Podeszła do mnie dziewczyna o włosach koloru tak jasnego blondu, że aż wydawało się białe. Była ubrana w: obozową koszulkę, spodnie we wszystkich kolorach tęczy i neonowo zielone Vansy. Włosy dziewczyny luźno spadały na ramiona.
-Jestem Katie, grupowa Iris.- powiedziała bawiąc się plecioną bransoletką.
Nie musiałam się przedstawiać wszyscy i tak mnie już znali.-Mam pokazać ci stajnie i pegazy. Zazwyczaj robi to Victorie, ale tym razem uznaliśmy, że tak będzie bezpieczniej...
  Do ściany domku pomalowanego na jaskrawy czerwony kolor, łańcuchami był przykuty dziwaczny stwór. Była to dziewczyna w poszarpanym ubraniu, o nienaturalnie owłosionym ciele, z ust ciekła jej żółta piana, a z gardła wydobywał się mrożący krew w żyłach charkot. Na całym ciele monstra było pełno szlam i blizn-odrażające. Jedno oko dziwadła było zielone, a drogie brązowe... Potworzyca szamotała się próbując zerwać łańcuchy.
-To Mantikora - usłyszałam głos Katie. - Jakieś dwa temu znajdowała się w okolicach obozu i stanowiła zagrożenie, więc dzieci Aresa zrobiły z nią porządek...
-Nie prościej było by ją zabić niż wlec tutaj?
-Chcieli mieć trofeum...Zresztą jak zawsze.-Potwory nie umierają, można je zabić, ale one nie umierają...Ciągle się odradzają, niektóre na dłużej, a inne na krócej.
Resztę drogi szłyśmy w milczeniu, nieopodal stawu naszym oczom ukazała się stajnia.
Był to budynek całkiem sporych rozmiarów, jego ściany pomalowano na ciemny beż, dach pokryty był strzechą, nad wejściem zawieszono ogromną podkowę. W środku stajnia okazała się jeszcze większa niż mi się wydawało.
  Otworzyłam szerzej oczy, w stajni zmieściło się, aż pięćdziesiąt boksów w każdym stał piękny skrzydlaty koń. W najbliższym boksie stał kruczoczarny pegaz, patrzył na mnie z zaciekawieniem przechylając przy tym łeb.
-To Mroczny-pegaz Victorie.- powiedziała Katie. To wystarczyło żebym poczuła niechęć do tego stworzenia.-Kiedyś należał do Percy’ego.
~Znów ten Percy. To musi być ktoś ważny skoro wszyscy o nim mówią.- pomyślałam
W sąsiednim boksie stał biały pegaz z grzywą we wszystkich kolorach tęczy.
-Ta klacz należy do mnie, nazywa się Iskra.- powiedziała i pieszczotliwie poklepała zwierzę po pysku.
-Każdy ma tu swojego pegaza? - zapytałam, dziewczyna pokręciła przecząco głową. Objaśniła mi, że większość tych wspaniałych stworzeń nie ma właściciela, służą one na przykład do nauki początkujących.
W następnym boksie stał czarny deresz, klacz nazywała się Harley.
  Szłam przyglądając się każdemu pegazowi, w jednym z ostatnich boksów stał piękny bułany, zwierzę dumnie unosiło głowę i patrzyło na mnie z wyższością i niechęcią.
-Jest piękny! Jak się nazywa? - w odpowiedzi usłyszałam, że nazywa się Pepsi dość nietypowe imię jak dla pegaza. Dowiedziałam się również, że jest bezpański, przez pewien czas był pod opieką syna Hadesa i zdziczał, nawet Victorie nie potrafi nauczyć go ogłady. Powiedziała mi również, że nie ma większych szans na wyprowadzenie Pepsi z boksu.
Nie była bym sobą gdym nie spróbowała. Zawsze próbuję postawić na swoim-często mi się udaje-choć nie zawsze wychodzi mi to na dobre. Poprawiłam kucyk. Chwyciłam wodzę i pociągnęłam-pegaz ani drgnął. ~Czy chociaż raz coś może mi się udać? Czy coś mogę zrobić dobrze? Zawsze wszystko obraca się przeciwko mnie, nieważne jak bardzo się staram zrobić coś by miało zadowalający efekt-i tak zawsze cały plan spełza na niczym.
Kątem oka dostrzegłam kosz z jabłkami, podeszłam i wzięłam soczysty owoc. Pegaz przyglądał mi się z zaciekawieniem, a jego oczy mówiły coś w rodzaju:
Zobaczymy na jak długo starczy ci pomysłów-ze mną nie wygrasz.   
Katie przyglądała się mi czujnie i co jakiś czas  lekko kiwała głową. Pegaz zjadł owoc i ku mojemu zdziwieniu wyszedł z boksu! Nie sądziłam, że pójdzie aż tak łatwo. Dotarło do mnie, że on wyszedł specjalnie-chce mnie upokorzyć na całkowitej linii. Westchnęłam-teraz już się nie wycofam.
Ostrożnie podeszłam do zwierzęcia, pegaz tupnął nogą, i pokręcił przecząco łbem-a przynajmniej tak mi się zdawało. W ciemnych oczach zwierzęcia dostrzegłam to co zwykle w swoich-chęć zamaskowania obaw o porażkę. To było mi tak bliskie...
Katie dała mi kilka kostek cukru, wystawiłam rękę tak by w każdej chwili było możliwe cofnięcie jej w odpowiednim momencie. Pegaz usiłował zjeść cukier, w ostatniej chwili udało mi się cofnąć rękę. Zwierzę tupnęło gniewnie i spojrzało na mnie z wyrzutem. Patrzyłam w oczy wspaniałego pegaza, pochłonęły całą moją uwagę. Podstępny skrzydlaty koń wykorzystał to i zjadł cukier.
Usłyszałam cichy chichot Katie - przygryzłam wargę.
~Raz kozie śmierć-pomyślałam i wskoczyłam na grzbiet bułanego pegaza.
Nastąpiła chwila ciszy-zwierzę było zdezorientowane, po czym zrzuciło mnie ze swojego grzbietu.
  Jęknęłam masując obolałe miejsca.
~Co ja sobie wyobrażałam?! Że uda mi się oswoić Pepsi?! Przecież to logiczne, że jeśli córce Posejdona się nie udało to mi tym bardziej. To wszystko przez moją przeklętą pewność siebie!



Kevina znałam odkąd pamiętam-był już w obozie, kiedy się tu zjawiłam. Mieliśmy wtedy po pięć lat, był moim pierwszym przyjacielem. Spędził tu całe życie.
Jego matka zmarła przy porodzie. Hermes chciał ukryć go gdzieś na Olimpie pomiędzy nimfami i driadami, lecz Zeus nie wyraził zgody. Ojciec oddał go pod opiekę Chejrona. Chłopak uczył się już walki w wieku trzech lat-był naprawdę wytrawnym szermierzem.
Uśmiech pojawił się na mojej twarzy, gdy przypomniałam sobie nasze pierwsze spotkanie: Szłam do domku numer jedenaście, trzymając za rękę Tris - grupową domku Nemezis. W pewnym momencie niespostrzeżenie podszedł do mnie Kevin i dał mi bukiet polnych chabrów-do dziś te zasuszone kwiaty trzymam w sypialni.
Jako jedyny z obozowiczów ma stały kontakt ze swoim boskim rodzicem.
  Szczerzę mówiąc Posejdona widziałam tylko kilka razy i to głównie podczas wycieczek na Olimp (dzień przesilenia zimowego). Mój brat Percy to co innego... Kiedy tylko ma ochotę płynie do pałacu Posejdona. Wydaję mi się, że Ojca wcale nie obchodzi mój los...
Chciałabym odbyć z nim szczerą rozmowę...
Chciałabym na niego nakrzyczeć. Zadałabym mu jedno jedyne pytanie  ,,dlaczego zostawił mnie i moją matkę?". W głębi serca myślę, że tego nie chciał, tylko musiał. Z obowiązku. Z własnej woli nie zostawiłby kobiety, którą kochał. Szkoda, że moja nieżyjąca już matka nigdy tego nie zrozumiała.
Matka była palaczką, narkomanką, nadużywała alkoholu i dobrzy bogowie wiedzą co jeszcze robiła! Znęcała się nade mną psychicznie - mówiła mi, że to przeze mnie Posejdon od niej odszedł... Kiedy miałam trzy lata odebrano jej prawo do opieki nade mną. Przez następne dwa lata życia mieszkałam w sierocińcu, a potem trafiłam tu... O śmierci matki dowiedziałam się od Posejdona, na wycieczce. Był to pierwszy raz, kiedy rozmawiałam z własnym Ojcem. Mama zawsze wracała na plaże, gdzie się poznali. Często wspominała. Gdy wracała do domu pewnie nadal rozmyślała. Płakała. Nie widziała drogi, minęła się z samochodem ciężarowym i wjechał w drzewo. Śmierć na miejscu. Mimo wszystko było mi jej żal. I Posejdona. Gdy mówił mi o tym tragicznym wypadku miał łzy w oczach. Naprawdę ją bardzo kochał i zapewne obwiniał się o śmierć mamy. Zawsze zazdrościłam osobom, które miały normalną rodzinę-oczywiście na tyle normalną na ile Herosi mogą taką mieć. Na przykład Cass od zawsze wiedziała, kim jest, jej matka była normalna, zajmowała się nią i chroniła przed potworami tak długo jak było to możliwe.
  A Hayden? Jak zwykle w obozie jest pełno plotek, gdy jakiś nowy się pojawia. Niektórzy twierdzili, że wychowuje ją ojciec, inni, że matka lub babcia, a jeszcze inni twierdzili, że jest w domu dziecka...
-Victorie.- z rozmyślań wyrwał mnie głos Kevina-Możemy zaczynać naradę?
-Och...Tak – zaczęłam - Jak zapewne wszyscy wiecie w niedziele jest już bitwa o sztandar, a my nadal nie ustaliliśmy składu drużyn... Patrick przedstaw listę naszych ,,być może" przyszłych sprzymierzeńców-zwróciłam się do zastępcy Kevina.
-Myślę, że możemy liczyć na pomoc domków: Ateny, Hefajstosa, Hermesa, Dionizosa, Iris, Nemezis, Nike, i Hekate.
-Domek Zeusa? - zapytała Ivy bawiąc się kosmykami swoich rudych włosów
-Po ostatnim kawale, który zrobiliśmy, Cassidy jest na nas śmiertelnie obrażona...
-Musieliście wsadzić jej pod kołdrę tą ropuchę? To było wstrętne.- powiedziałam, próbując powstrzymać śmiech. Kevin wzruszył tylko ramionami.
-A domek Demeter? - pytanie zadała Emma-córka Tanatosa
-Kiedy ostatnio zaczęliśmy eksperymentować z roślinami dzieci Demeter, Laura się wściekła i odmówiła współpracy-wtrącił  Patrick tłumiąc śmiech.
-Czy wy naprawdę myśleliście, że uda wam się wyhodować potwora? - zapytałam z udawanym wyrzutem
-Nie potwora tylko całkiem nieszkodliwego golema-poprawił mnie Kevin, śmiejąc się do rozpuku
-Wracając do bitwy...- zaczął Kevin-Do obrony będzie nam potrzebne jakieś dwadzieścia osób...Czyli cały domek Dionizosa, dwoje dzieci Ateny, czworo dzieci Hekate i cały domek Nemezis...Obroną poprowadzi Ivy. Wpadliśmy na pomysł by stworzyć oddział, który wyprowadzi przeciwnika w pole w jego skład wejdzie dwadzieścia pięć  osób: sześcioro mieszkańców domku dziewięć, Jeden mieszkaniec szóstki, czterech naszych-mówiąc ,,naszych" miał zapewne na myśli swoich braci i siostry-wszystkie dzieci Iris, troje dzieci Nike i pozostałe dzieci Hekate, którym poprowadzi Mike. Ja, Patrick, jeszcze kilku naszych,  pozostałe dzieci Ateny, sześcioro mieszkańców dziewiątki, i  dwoje dzieci Nike będziemy kryć się w lesie, rozbrajać przeciwnika...W skrócie mówiąc będziemy prowadzić działania partyzanckie...A teraz czas na gwóźdź programu! - Na jego twarzy pojawił się złośliwy uśmiech-Grupa atakująca: Victorie ty dowodzisz atakiem-zwrócił się do mnie- Hayden również ta grupa-powiedział do dziewczyny siedzącej obok mnie.
  Dopiero teraz zwróciłam uwagę, że to ta sama żmija, która oblała mnie kilka dni temu colą. Pełne, krwistoczerwone usta dziewczyny wykrzywione były w  sztucznym uśmiechu, a duże oczy w kolorze chłodnego brązu zdawały się czytać w moich myślach. Z pozoru nie wyglądała na kogoś potężnego, ale lata nauki nauczyły mnie, że to cicha woda brzegi rwie. Zostawiłam sprawę bez komentarza.- Charlie również...- zagotowało się we mnie. Mam być w zespole z takim kretynem?!
-Przecież my się pozabijamy! - nie zdążyłam ugryźć się w język Kevin wzruszył tylko ramionami.
-Więc jutro macie przyjść na arenę i nauczyć się współpracować-powiedział obojętnym głosem zauważyłam, że Charlie przygryza wargę powstrzymując się od komentarza.
W końcu nie wytrzymałam i wszystkich zgromadzonych zaskoczyła fala wody pojawiająca się znikąd.
-Oszalałaś?!- usłyszałam przeszywający na wylot głos Hayden.
 Dziewczyna zrobiła coś,  czego się zupełnie nie spodziewałam-popchnęła mnie w stronę Charliego. I po chwili leżeliśmy wspólnie na podłodze. Ja na nim.
-OOOOOOOO - usłyszałam śmiech obozowiczów
-Spadaj wariatko! - usłyszałam gniewne syknięcie Chłopaka, po czym poderwał się jak oparzony.
-Kto się czubi ten się lubi - moich uszu dobiegł chichot Ivy.
- Jesteś największym idiotą, jakiego spotkałam w życiu- warknęłam 
Charlie wyszedł trzaskając drzwiami i miotając przekleństwami pod moim adresem - jak by myślał, że z własnej woli się na niego przewróciłam.
-Jeszcze jedna taka akcja i nasze drzwi tego nie wytrzymają-powiedział Patrick. Na co wszyscy obozowicze wybuchli niepohamowanym śmiechem. Spojrzałam na brunetkę w odpowiedzi posłała mi złośliwy uśmiech-wredna żmija.
~O bogowie! Nikt nie ma najmniejszego pojęcia jak ja jej  nienawidzę! Czemu ona się na mnie uwzięła?! Przecież chciałam się tylko zapoznać...
-Tak właściwie...Właściwie o co wam  poszło? - zapytał Patrick
Przygryzłam wargę. Nie znalazłam żadnej sensownej odpowiedzi więc powiedziałam tylko: ,,Hm. Tak jakoś wyszło..." Na co obozowicze wybuchli kolejną salwą śmiechu. Poderwałam się na równe nogi i wyszłam trzaskając drzwiami. Głośno wypuściłam powietrze z płuc, oddalając się w kierunku stajni. Cassidy biegłą za mną. Zapytałam ją czy chce ze mną na chwilę ,,uciec''. Zgodziła się bez wahania. Razem weszłyśmy do boksu, w którym znajdował się mój piękny, mądry pegaz.
- Mroczny, zabierz nas stąd. Nie ważne gdzie. Daleko. Szybko. Proszę
~Twoje życzenie moim rozkazem Pani - zarżał Mroczny
Po chwili leciałyśmy już poza barierą Obozu, chcąc uwolnić się od wszystkiego, co złe i smutne, chcąc nic nie myśleć, o nikim i o niczym, chcąc odpocząć od całego świata.
Myślałam o wszystkim, i zarazem o niczym. Przypominałam sobie te dobre i złe chwile... Zawsze potrafiłam wyjść cało z każdej opresji. Nie tylko w walkach wygrywałam. Radziłam sobie na misjach. Nigdy nie dałam się nikomu sprowokować i nikt nigdy nie odważył się ze mnie zakpić. Przynajmniej aż do teraz. Odkąd Charlie i Hayden uwzięli się na mnie podłamałam się psychicznie, zaczęłam wątpić w siebie i w swoje możliwości. Nie to co Cass. Ona nigdy nie zwątpi. Zawsze będzie pewna siebie.
  Moja przyjaciółka Cassidy Blacwood była świetna w walce, a to za sprawą śmiercionośnej broni, tarczy egidy, czyli zamaskowanej szerokiej, złotej bransoletki, którą dostała od swojej przyrodniej, starszej siostry Thali Grace podczas ostatniej wizyty łowczyń Artemidy, choć i bez niej była porażająco dobra. Ja miałam magiczny długopis, który naprawdę był śmiercionośnym ostrzem- Antyklomosem  ale ja nazywałam go w skrócie Orkanem, bo originalna nazwa nie przypadła mi do gustu. Historia mojego miecza zaczęła się tak:

 Orkan - Mój magiczny miecz, inaczej Anaklysmos. Dostałam go w od Chejrona. Na początku zdziwiłam się, że centaur dał mi długopis, jednak jak się okazało długopis zmienił się w miecz. W czasach Starożytnej Grecji należał do Heraklesa (został mu podarowany przez Zoe Nightshade). Miecz został wykuty przez cyklopów, hartowany w sercu Etny i chłodził się w wodach Lete. Należał najpierw do Posejdona . Później do Zoe za czasu kiedy ta była jeszcze hesperydą. Ta miała go przy sobie w postaci spinki. Pewnego dnia dała go Heraklesowi Ten pokonał nim smoka Ladona . Półbóg nie wspomniał nigdy nikomu o Zoe. Za pomoc Heraklesowi została wygnana z Ogrodu i dołączyła do Łowczyń. Ponad 2000 lat później miecz ten trafił w posiadanie Percy`ego. Mojego starszego, przyrodniego brata, którego nie dało się nie lubić. Ten dostał go od Chejrona w muzeum, gdy walczył z Erynią . Miecz przybierał formę długopisu. Chłopak pokonał nim wiele potworów m.in. Meduzę, Erynię, Empuzy i wiele wiele innych. Gdy Percy dorósł i dowidział się o młodszej siostrze, jaka byłam ja oddał go Chejronowi, by ten oddał go mnie, stwierdziwszy, ze pewnie będę go potrzebowała bardziej. Gdy koniec jego klingi dotknie się zatyczką to z powrotem zmienia się w długopis. Można wtedy nim pisać. Jego tusz połyskuje wtedy niebiańskim spiżem. Miecz zawsze wraca do kieszeni, kiedy go zgubię. Anaklysmos w przetłumaczeniu znaczy Wzburzona Fala. Był to prezent od jego ojca, Posejdona. Tak jak inne przedmioty wykonane z niebiańskiego spiżu, miecz nie może zranić śmiertelników.
Rozebrałam się do bielizny i wskoczyłam do wody, która zawsze działała na mnie uspokajająco. Cassidy usiadła na krawędzi mola, mocząc nogi. Nigdy by się do tego nie przyznała, bała się wejść głębiej niż metr...
Określała to jako ,,głębokowodowstęt". Cassidy opowiadała mi dowcipy Kevina, które słyszałam już setki razy



niedziela, 14 czerwca 2015

Haters gonna...

Witajcie! Zwaliło mi się coś z dodawaniem komentarzy, więc... Nie przedłużając.

''Anonim
dobra usuńcie to gówno i będzie po problemie.... tym drutem kolczastym w tle to bym was chetnie owinął za szyję i powiesił.... kaleczenie pisarstwa że tak powiem .
pozdro''


 - Powiedział Anonim

Za takie pierdzielenie o Chopinie, to ja bym chętnie owinęła ci drut kolczasty, tyle, że na członku. Takich jak ty wieszać za jaja nad ogniskiem i tańczyć wokoło.
Jeden znak interpunkcyjny w zupełności wystarcza.
''Kaleczenie pisarstwa''! No błagam! Widać, iż sam nie jesteś żadnym autorytetem w tej dziedzinie, a twoje IQ... Cóż, śmiem sądzić, że nie jest wyższe, niż było w chwili twego urodzenia, niezacny panie. (:

Spadaj do wulkanu,

 - Hoho

Dziękuję wszystkim za komentarze i obwieszczam, iż zamykam linię. Nie chcę czytać dłużej takich przykrych opinii (myślę, że nie tylko ja), więc wyłączam dodawanie komentarzy.

 Haters gonna hate.
Potatoes gonna potate.

Tyle ode mnie
 - Hoho

czwartek, 11 czerwca 2015

OGŁOSZENIE

Witajcie!
Dzisiaj dostałyśmy wiadomość od strony: ,,Percy uratował świat. Pewnie przywiózł pamiątki." (na fb). O następującej treści : ,,Moim zdaniem ten blog jest dziecinni a czytanie go to tylko strata czasu. Na hejty nie odpowiadam ;)". Czy Wy też tak uważacie? Bo jeśli tak to nie widzimy sensu, by pisać dalej... Prosimy o szczere odpowiedzi.
Pozdrawiamy :*
~Autorki

poniedziałek, 8 czerwca 2015

By umilić wam czekanie - perspektywa Cassidy Blackwood

   Witajcie! Serdecznie chciałabym powitać w gronie czytelników wszystkich na poniższej liście:

 - Avenger
 - Ariva YT
 - Olga R
 - Robin Kalen
 - Melete
 - Kee wi
 - Patrycja Klawas
 - luna tyczka
 - Weronika Kostrzewa
 - Nyksiątko :D

 Oraz panie i panów ''ninja'', którzy czytają i nie komentują. Nie jesteście godni umieszczenia na liście. ^^

Dziś przybywam do was z własną pracą, pisaną z punktu widzenia Cass, córki Zeusa, z którą nieco zapoznaliście się w rozdziale drugim. By umilić (?) wam czekanie na kolejny rozdział, zachęcam do przeczytania czegoś w całości mojego. Nie wiem, czy się spodoba - One są ode mnie sto razy lepsze w sztuce pisania, ale cóż...
Nie przedłużając, smacznego.

  Cięłam oburącz i od razu odskoczyłam, nim zdążył wykonać jakikolwiek ruch. Patrzyłam uważnie na jego stopy - zawsze przed atakiem uginał mocniej jedno kolano. Wykonał błyskawiczne cięcie zręczne, na co ja zareagowałam natychmiastową zastawą. Cofałam się powoli, szybko i zręcznie odpowiadając na jego pchnięcia zwodami i unikami. W pewnym momencie wyczułam kolejne cięcie mojego przeciwnika i już wiedziałam, że nie mam dość siły, by je odeprzeć. Zrobiłam półobrót, chcąc połączyć zwód i odparcie od dołu, gdy nagle jego miecz uderzył od góry w moją zbroję przy karku. Miecz wypadł mi z ręki, gdy upadłam na twardą ziemię areny.
   Usłyszałam głośne jęki zawodu mieszające się z radosnymi okrzykami.
   - Znowu - wycharczałam, przekręcając się na plecy. Rick szczerzył do mnie zęby, wyciągając rękę.
   - Zapominasz o paradzie, nie osłaniasz karku. Gdyby to była prawdziwa walka, leżałabyś tu bez głowy - mówił, a mały tłum osób z otaczającego nas kręgu wymieniał się drahmami. Zawsze robili zakłady, gdy walczyłam z Rickiem.
   Pomógł mi wstać. Uścisnęliśmy sobie dłonie.
   - Jutro rewanż - zaproponowałam, a raczej wydałam rozkaz. Skinął głową, nadal się szczerząc. Byłam pewna, że jutro to ja wygram walkę.
   Odgarnęłam z czoła włosy i spojrzałam na otaczający nas tłum, który powoli się przerzedzał. W pewnym momencie ktoś złapał mnie za rękę. Kierowana naturalnym odruchem bitewnym, przyłożyłam temu ktosiowi ostrze miecza do tętnicy, nim zdążył mrugnąć. Rudowłosa dziewczyna puściła moją dłoń i uniosła ręce w geście poddania. Roześmiałam się. Ivy.
   - Co jest?
   - Afera - wyjaśniła szybko, ciągnąc mnie w stronę Wielkiego Domu. - Jakaś nowa zaczęła się kłócić z Victorie!
   Jej oczy błyszczały z podniecenia, jak zawsze, gdy gdzieś panowała niezgoda. Zlekceważyłabym jej słowa, gdyby nie padło jedno imię: Victorie.
   - Vic? - Zmrużyłam groźnie oczy, choć w środku mnie narastało zmartwienie, nie gniew. - Gdzie one są? - W moim głosie pobrzmiewała groza. Mocniej ścisnęłam miecz, gotowa wydłubać końcem ostrza oczy ''tej nowej''.
   Przed Wielkim Domem zgromadził się chyba cały obóz. Przedarłam się przez tłum, zostawiając za sobą Ivy.
   - Przejście, proszę mnie przeprosić. Ja z mieczem - mówiłam, rozpychając się łokciami. - Odsunąć się, do cholery! - wybuchłam wreszcie, a obozowicze bez sprzeciwu przepuścili mnie.
   Dwie dziewczyny stojące w samym środku zamieszania chyba nie słyszały nawet mojego krzyku. W oczach Victorie dostrzelam coś na kształt ''Yyy... ale o co ci chodzi?'' zaś oczy nieznanej mi, czarnowłosej dziewczyny skrzyły się gniewem.
     - Ciekawe, czy ty byś była miła, jakby jakaś tępa kretynka łaziła za tobą co krok i próbowała utrudnić życie! - wykrzyknęła i zrobiła coś, za co byłam gotowa wyciągnąć jej mózg nosem, o ile ten mózg miała. Oblała moją przyjaciółkę colą i roześmiała się szaleńczo.
   - Suka - syknęłam. Miałam już podejść do Victorie i w jej imieniu wyrwać nowej te czarne włosy ze łba, ale moją uwagę odwróciła szydercza uwaga na temat stanika mojej przyjaciółki, wypowiedziana przez kogoś obok mnie.
   - Coś powiedział? - warknęłam, łapiąc za szyję dużo wyższego ode mnie chłopaka. Przyłożyłam mu ostrze miecza z tyłu szyi, trzymając jednocześnie kolano tuż przy jego kroczu, gotowa w każdej chwili zadać bolesny cios. Zdał sobie pewnie sprawę, że mogę mu zrobić krzywdę, po wyraz jego spojrzenia zmienił się z kpiarskiego na przerażony. Niemal słyszałam, jak jego wewnętrzny, tchórzliwy chomiczek błaga o wybaczenie.
   - Powtórzysz, bo nie dosłyszałam? - syknęłam. I już by odszczekał swoje słowa, gdyby ktoś nie chwycił mnie z tyłu za ramiona.
   - Cassidy - szepnął mi do ucha znajomy głos. - Musimy zabrać stąd Victorie zanim rzuci się na tę dziewczynę.
   Fala wściekłości zalała moje ciało. Wydawało mi się, że krew w żyłach mi wrze. Poczułam wypełniającą mnie, elektryzującą siłę, a dłoń, którą trzymałam szyję chłopaka, pokryła się jadowicie niebieskimi wyładowaniami elektrycznymi. Moja niedoszła ofiara wrzasnęła, a źrenice jego oczu rozszerzyły się w paroksyzmie strachu.
   Oddychając głęboko, puściłam chłopaka, a on opadł bezwładnie na ziemię, charcząc i plując.
   - Wariatka - wykrztusił, trzymając się za szyję. Obrzuciłam go lekceważącym spojrzeniem, odchodząc.
   Victorie stała oniemiała, odprowadzając spojrzeniem oddalającą się brunetkę. Kevin położył jej dłoń na ramieniu i chyba dopiero ten dotyk nieco ją otrzeźwił.
   - Za co? Co ja jej takiego zrobiłam? - szeptała, chyba nawet nie wiedząc, dlaczego szepcze. Spojrzałam w jej duże, pełne błękitu oczy. Niemal widziałam wichurę różnorodnych emocji, która w niej szalała. Złość. Smutek. Jeszcze większa złość. Jeszcze głębszy smutek. Niezrozumienie. I jeszcze raz złość i smutek na raz.
   Mimo, że nie byłam córką Aresa, czasami miałam niewypowiedzianą chęć przywalenia komuś. Nie, żebym była jakąś narwaną wariatką, tylko chyba miałam jakiś wbudowany moduł wewnętrznej wojowniczki, która chroniła swoich przyjaciół. Zawsze i za wszelką cenę.
   Postanowiłam zostawić Victorie z Kevinem. Przyjaciółka stanowczo zakazała mi pokazywania czarnej jędzy, kto tu rządzi i komu nie należy podskakiwać. A ja nie lubiłam czuć takiej bezsilności. Chciałam jej pomóc, a pomoc w tym przypadku chyba ograniczała by się do miłych, pocieszających słów. Musiałam szczerze przyznać, że nie byłam w tym dobra.
   - Przyniosę ci czekoladę - szepnęłam, przytulając Vic. Starałam się wlać w ten uścisk wszystkie ciepłe myśli i emocje, które chciałam jej przekazać.
   Uśmiechnęła się do mnie, pomimo, że w jej błękitnych oczach czaiły się łzy.
   Resztę dnia spędziłam na arenie ćwicząc bōjutsu, które było dodatkową sztuką walki dla zainteresowanych. Na arenie do łucznictwa ćwiczyłam miotanie nożami, gdyż tylko to zajęcie było dla mnie właściwym wykorzystaniem tarcz. W łucznictwie byłam niezbyt dobra, bo nie słuchałam rad. Rzucanie nożami natomiast wychodziło mi świetnie, głównie dlatego, że w tej sztuce byłam samoukiem. Ale taka już byłam. Uznawałam się za numer jeden. Może byłam obciążona tą cechą genetycznie? Serdeczne pozdrowienia dla tatusia.
   Następny dzień zaczęłam od... łucznictwa, a jakże by inaczej! Potrafiłabym zrobić użytek ze strzały - z łatwością można wbić komuś grot w szyję. Cięciwą łuku może dałoby się przeciąć komuś tętnicę szyjną, co prowadziłoby do wykrwawienia. Ale co ja mam zrobić z tym i tym jednocześnie?...
   Zasznurowałam mocniej motocyklowe buty. Słowa Anabelli wpadały mi jednym uchem, wypadały drugim. Jednak jej szept zatrzymał się na trochę dłużej w moim mózgu, niż poprzednie słowa nauczycielki.
   Beznadziejna w łucznictwie? Może i tak, ale czy pozwoliłam wypowiedzieć komukolwiek ten fakt na głos? Zmrużyłam oczy, zwracając się do łuczniczki.
   - Mówiłaś coś? - spytałam spokojnie, sunąc powoli palcem po boku ostrza jednego ze spiżowych sztyletów przeczepionych do stalowej obręczy na moim udzie. Tak jak się spodziewałam, Anabella odeszła, nie odezwawszy się ponownie. Dobrze. Tak trzymać.
   Wspominałam już, że nienawidzę, jak zwraca mi się uwagę? Ten błąd popełniła blond włosa, mówiąc:
   - Cassidy, to samo.
   Z moich ust wyrwało się pogardliwe prychnięcie. Jednym ruchem wyjęłam nóż z obręczy i nim ktokolwiek zdążył mrugnąć, lekkim gestem rzuciłam nim w stronę tarczy czarnowłosej dziewczyny. Przepołowił idealnie wbitą w środek strzałę Anabelli.
   Znów udałam głuchą.
   - Co, proszę? - zapytałam, przesycając głos ironią. Na moje usta niespodziewanie wkradł się triumfalny uśmiech. I wtedy stało się coś, czego najmniej się spodziewałam.
    - Za kogo ty się uważasz? - usłyszałam gniewny warkot stojącej po mojej lewej, czarnowłosej dziewczyny. Dopiero teraz rozpoznałam w niej tę, która oblała Vic colą, ale stłumiłam twardo tornado negatywnych uczuć, które zaczęły wydzierać się ze złej połowy mojego serca.
   Pełne, krwistoczerwone usta dziewczyny wykrzywione były w gniewnym grymasie, a duże oczy w kolorze chłodnego brązu przewiercały mnie na wylot. Wzdrygnęłam się niezauważalnie. Wstrętne spojrzenie.
   - A ty? - odpowiedziałam pytaniem, nim zdołałam ugryźć się w język. Przechyliłam lekko głowę, przyglądając się dziewczynie z zaciekawieniem.
   - Źle zaczęłyśmy znajomość.
   O, tak. Tu miała rację. Uniosłam lewy kącik ust, siląc się na krzywy uśmiech.
   - Hayden, dla znajomych Hay - powiedziała brunetka. Hayden? Stanowczo za ładne imię i za ładna twarz jak na kogoś, kto oblewa moją przyjaciółkę colą. Nie wyraziłam na głos tej myśli, choć usilnie pchała mi się na język.
   Podałam jej dłoń, chcąc wierzyć, że w głębi ducha nie jest taka zła, jaka się wydaje. Może incydent z Vic był tylko porywczym wybrykiem...? Przedstawiłam się Hayden, celowo zaznaczając, że jestem córką Zeusa, żeby miała jako-taką świadomość, iż ja - podobnie jak tatuś - lubię rządzić.
   Wróciłam do strzelania, starając się uspokoić krążące w mojej głowie myśli. Może ta Hayden nie jest taka zła?, pytała jedna strona mojego ''ja''. Sprawiła przykrość mojej przyjaciółce, wściekle odpowiadała druga. Westchnęłam. Byłam pełna sprzeczności. Jeśli lubiłam jakąś rzecz, było niemal pewne, że lubią także jej przeciwieństwo. Oszaleć z tym można.
   Nagle pojawił się ktoś, kto jeszcze bardziej namieszał mi w głowie. Poczułam jego ciepłą dłoń na swojej talii, drugą zaś na szyi. Przyłapałam się na odchylaniu głowy, gdy delikatnym ruchem, jakby rozkoszując się ciepłem mojej skóry, Rick sunął dłonią w kierunku mojego barku. Mruczał mi rady do ucha. Ciepły oddech chłopaka smagał moją szyję, przez co okryłam się dreszczem na całym ciele.
   Nawet nie patrzyłam, gdzie trafiła moja strzała.

   Wieczór spędziłam w domku numer trzy, u Victorie. Wymyślałyśmy artykuł do ''Półboskiego Tygodnika'' - gazetki, którą prowadziłam. Starałam się oderwać myśli przyjaciółki od Hayden i nawijałam jej o bitwie o sztandar, o Gabrielle, której na równi nie znosiłyśmy. Cieszyłam się, słysząc jej dźwięczny śmiech. Śmiała się, ale gdzieś w kącikach jej oczu dostrzegłam mieszankę smutku i złości.
   Kurację śmiechem przerwał nam Charlie, wchodząc do domku Posejdona w towarzystwie Kevina.
   - Dziewczyny są strasznie mściwe, nie uważasz, Kevin? A może raczej… głupie?
   Odwróciłam się ze świeżo nabytym gniewem w oczach. Kontem oka zauważyłam, jak Victorie przygryza wargę. Pewnie hamowała wszystkie wulgarne słowa, którymi chciała obrzucić Charliego. Odezwałam się pierwsza.
  - Czy ktoś pozwolił ci na nas patrzeć, Pomyleńcu? - zapytałam, nie podnosząc głosu, ale z takim jadem, że aż dostał gęsiej skórki.
   - Jeśli już chcesz wiedzieć, Blackwood, to patrzenie na was nie jest dla mnie żadną przyjemnością - odpowiedział mi z niechęcią w głosie, choć jego wbite w moją przyjaciółkę spojrzenie mówiło zupełnie co innego. Nim znalazłam odpowiednio ciętą ripostę, inicjatywę przejęła Vic.
  - To może przyjemność sprawi ci zabranie stąd swojej zacnej osoby, co?
   Pomyślałam, że może dzieci od Trójki mają wrodzoną umiejętność ciskania ciętymi ripostami.  Charlie zbliżył się o krok w stronę Victorie i powoli poszedł gdzieś za nią. Zauważyłam, że przeciągnął wolno palcem po jej nocnej szafce, jakby sprawdzając czystość.
 - Bardzo chętnie. Jestem tu tylko dlatego, że Chejron kazał wam powiedzieć, że dziś wieczorem jest ognisko. Obecność obowiązkowa.
   I po prostu wyszli. Nie uszło mojej uwadze, że ten kretyn otarł się barkiem o moją przyjaciółkę, która teraz stała jak zaklęta. Miała zamknięte oczy, błogą minę, a jej rozchylone wargi rozciągnięte były w lekkim uśmiechu. Przeraziłam się.
   Zaczęłam nią potrząsać, wykrzykując raz po raz imię dziewczyny. 
   - Cccooo? Co? Co się stało? – zapytała wreszcie, jakby wyrwana z głębokiej zadumy. Wyjaśniłam jej więc podirytowana, co robiła, gdy oni już wyszli. A raczej czego nie robiła - z pewnością nie myślała. Albo myślała, ale o tym idiocie. Złączyłam wątki.
   - Coś ty? Zwariowałaś! W Pomyleńcu?! - wykrzyknęłam. O, tato i wszyscy bogowie. O, Afrodyto, zróbże coś z tym! Zabij go, utop, cokolwiek, byleby obiektem westchnień mojej przyjaciółki nie był Pomyleniec.
   Victorie, oczywiście, gorąco zaprzeczyła moim podejrzeniom, zmieniając temat. Gdy szłyśmy na ognisko, obserwowałam ją uważnie.
   - Gdy kłamiesz, widać ci ząb mądrości... - mruknęłam cicho, ale ona chyba mnie nie słyszała. Podążyłam za jej spojrzeniem i... No, zgadnijcie, kogo zobaczyłam?
   Pomyleńca, a jakże.




poniedziałek, 1 czerwca 2015

ROZDZIAŁ 2

Hej witamy wszystkich którzy zajrzą tu czasem i poświęcą swój cenny wolny czas.Udało nam się napisać kolejny rozdział oczywiście z pomocą  niezastąpionej Hoho. Pamiętajcie,że jutro (02.06.2015.r) zmieniamy adres naszego bloga na: z-obozu-herosow.blogspot.com Możecie zadawać nam pytania, reklamować swoje blogi lub takie które wam się podobają :) Prosimy o szczerą opinie (zarówno pozytywne jak i negatywne) Możecie również podawać swoje propozycje na rozdziały, jeśli któreś się nam spodobają to chętnie wcielimy je w życie. Ten rozdział dedykujemy naszym kochanym czytelnikom. 
PS Prosimy i zachęcamy- komentujcie :* 

Życzymy miłego czytania :*

~Autorki~

             Wciąż nie mogłam uwierzyć, że Obóz Herosów ma być teraz moim domem. Czułam się bardzo nieswojo, nie znałam tu nikogo, prócz tej laleczki Victorie Lawrence, Laury Verbov od Demeter i... Na bogów, poznałam już tylu ludzi! To chyba rekord. Nigdy nie byłam zbyt towarzyska, wolałam zostać w domu niż iść na imprezę, na której pewnie stałabym z założonymi rękami pod ścianą przyglądając się tańczącym parom. Stanowczo wolałam zwierzęta niż ludzi. Babcia Jo wielokrotnie pytała mnie ''Może byś poszła na zakupy z koleżanką?'', ale ja odpowiadałam, że wszystko mam. Wszystko, czyli kilka par powycieranych dżinsów, zdartych glanów, skórzanej kurtki i... No, ogółem niewiele, ale dla mnie nie było nic gorszego niż zakupy. I między innymi dlatego babcia próbowała mnie zaciągnąć siłą do psychologa.
   Poznałam też Ricka z domku Aresa, choć bardziej wolałabym stwierdzenie: ten kretyn, odprowadzając mnie do jedenastki, wdarł się na moją przestrzeń osobistą i objął ramieniem. Oczywiście, ta jakże urocza chwila nie potrwała długo.
   - Jesteś nienormalna! - krzyknął, patrząc na mnie oczami wielkimi jak dno od butelki. Pocierał dłonią policzek, na którym miał czerwony szablon mojej dłoni, który zostawiłam tam z głośnym plaśnięciem. Roześmiałam się chłodno, odrzucając głowę do tyłu.
   - Wiem, ale pewnie i tak jesteś ode mnie lepszy w tej konkurencji - powiedziałam beztrosko. Uśmiechnęłam się z satysfakcją, oddalając się krokiem godnym władczyni wszechświata. Kontem oka zauważyłam szczupłą dziewczynę z rudymi włosami związanymi w koński ogon. Uśmiechała się, oparta nonszalancko o jakieś drzewo. Podeszła do mnie wolno i zerknęła mi w oczy z dumą.
   - Jestem Ivy - powiedziała, przerzucając ruchem głowy kucyk z jednego ramienia na drugie. - Córka Eris - dodała z godnością w głosie, niezwykle pasującą do dumnych, skrzących się jasno iskierek w jej zielonych, kocich oczach. Podrzucała złote jabłko, które, jak się domyśliłam, było zapewne jabłkiem niezgody.
   - Idę do domku Hermesa - ciągnęła Ivy, nie doczekawszy się żadnej widocznej reakcji z mojej strony. Odchrząknęłam.
   - Hayden - przedstawiłam się. Dziewczyna podała mi dłoń. Jej uścisk był zdecydowany i silny.
   Szłyśmy razem w milczeniu. Ja zastanawiałam się, czy ta cisza nie jest przypadkiem niezręczna a ona polerowała jabłko  rąbkiem bluzki, co rusz się w nim przeglądając.
   - Jesteś córką Eris - powiedziałam wreszcie. - A idziesz do domku Hermesa? - Uniosłam jedną brew, nadając mojej twarzy ten znajomy wszystkim wyraz chłodnego powątpiewania. Uśmiechnęła się kwaśno.
   - Moja mama jest niesłusznie uznawana za... - odchrząknęła teatralnie. - Pomniejsze bóstwo.
   Zauważyłam jej szyderczy uśmieszek i cudzysłów w powietrzu. Nie musiała dodawać, że jej matka jest bardzo potężna. Odczytałam to z jej twarzy.
   - Wiesz, oni wszyscy mieli wybudowane domki po wojnie, dzięki Percy'emu Jacksonowi. Hades, Iris, Nike, Hypnos, Nemezis i Hekate... - wymieniała. - Nawet Tyche. Ale nie Eris.
   - Dlaczego? - wyrwało mi się. Patrzyłam na dziewczynę z rzadką u mnie ciekawością.
   - Bo zabrakło funduszy z Olimpu. - Prychnęła sarkastycznie.
   - Przecież to idiotyczne! - skomentowałam głośno.
   - Też tak uważam.
   Uśmiechnęłyśmy się od siebie. Uśmiechnęłam się, rozumiecie? To na mojej twarzy bardzo rzadkie zjawisko. Przy tej dziewczynie chyba człowieczałam. Musiałam ją naprawdę polubić.
   Gdy zobaczyłam wnętrze domku Hermesa, wydęłam policzki i otworzyłam szeroko oczy.
   - Co do jasnej...
   - Wiem - przerwała mi Ivy. - Kiedy to zobaczyłam, moja reakcja była identyczna. Dzieci Hermesa śpią w łóżkach, nieokreśleni i dzieci pomniejszych bóstw... - ironicznie zaakcentowała dwa ostatnie słowa. - Muszą spać w śpiworach. Wybierz sobie jakiś.
   Chciałam wykrzyknąć: ''Chyba was wszystkich zgięło, mam spać na podłodze?!'', ale się powstrzymałam. Nie chciałam wyjść na rozkapryszoną księżniczkę, wiec twardo zlustrowałam podłogę spojrzeniem. Dostrzegłam ciemnoszary szary śpiwór wyszywany w czarne nietoperze.
   - Ten w rogu jest niezły - zauważyłam.
   - Ten jest mój, ale jako, że jesteś tu nowa i nawet cię lubię, mogę ci go odstąpić na tę noc - odparła Ivy, życzliwie się do mnie uśmiechając. Mruknęłam ciche podziękowanie, a gdy Ivy obwieściła, że musi iść do Wielkiego Domu, dodałam jeszcze życzenia szczęścia. Moje wspomnienia z tamtym miejscem nie były zbyt przyjemne.

   Pierwsza noc w Obozie Herosów okazała się koszmarna. Na podłodze było mi strasznie nie wygodnie, twardo, śpiwór wałkował mi się pod plecami, raz było mi gorąco, raz zimno. Pół nocy przekręcałam się z boku na bok, usiłując znaleźć sobie dogodną pozycję.
   - Ludzie, kto się tam tak wierci? - usłyszałam czyjś zaspany głos, gdy po raz setny testowałam pozycję na lewym boku. -  Niektórzy chcą spać.
   A więc starałam się leżeć nieruchomo i tym sposobem przespałam dwie, może trzy godziny. Rano Ivy rzuciła mi obozową koszulkę. Ciuch wyglądał nieco jak wyjątkowo idiotyczny worek na kartofle dla chorych na umyśle. Jaskrawopomarańczowy z czarnym napisem ''Obóz Herosów'' i czarnym pegazem na plecach. Wyciągnęłam przed siebie koszulkę na odległość ramienia, jakby była to śmierdząca, ociekająca błotnistym śluzem ryba.
   - To wstrętne - skomentowałam. Koszulka absolutnie nie była w moim stylu.
   - Musisz to założyć, wszyscy tu w tym chodzimy - stwierdziła Ivy. Ognisty kolor jej włosów oczojebnie gryzł się z niemal neonowym kolorem koszulki.
   Założyłam więc ten nieszczęsny worek a moje czarne, długie włosy splotłam w luźny, nieco niedbały warkocz. W czarnych legginsach i mocno zasznurowanych trampkach stanęłam w pełnej gotowości przed Ivy.
   - Idź na strzelnicę - powiedziała wychodząc. - Spytaj kogoś po drodze, jak dojść. Ja muszę lecieć.
   Ja i pytanie o pomoc? Zabawne. Próbowałam sama znaleźć drogę, ale każda ścieżka, każde drzewo było mi obce. Podeszłam więc niechętnie do chłopaka siedzącego na sporym głazie. Polerował miecz i był tym tak zaabsorbowany, że nie zdawał sobie sprawy z mojej obecności.
   - Powiesz mi, jak dość do strzelnicy? - zapytałam a on uniósł głowę. Zeskoczył sprawnie z głazu a ja oniemiałam na moment. Był wyższy ode mnie o głowę, miał szaro-zielone oczy a twarz o wyraźnych kościach policzkowych obficie zsypaną piegami.
   - Rick? - syknęłam z obrzydzeniem i gniewem w głosie. Chłopak nie poczuł się urażony, nawet się lekko uśmiechnął.
   - Erick, brat Ricka - wyjaśnił.
   - Jesteście bliźniakami? - zapytałam tępo, gapiąc się na niego z miną człowieka, który kompletnie nie wie, o co chodzi.
   - Mhm... - mruknął cierpliwie. - Strzelnica jest za teatrem. Najpierw idź prosto, a potem w prawo.
   - D-dzięki - wyjąkałam. - To do zobaczenia później.
   I zmusiłam się by odejść, choć mój mózg nadal łączył wątki. Zaczerwieniłam się lekko, czego Erick na szczęście nie zauważył.
   Gdy doszłam do strzelnicy powitała mnie dziewczyna o złotych lokach, niebieskich oczach i charakterystycznym pieprzyku nad lewą, górną wargą. Była dość niska, moim zdaniem wyglądała na jakieś trzynaście lat. Przedstawiła się jako Anabella. Wskazała mi grupkę osób siedzących po turecku na trawie a ja do nich dołączyłam. Ana, jak łuczniczka poleciła do siebie mówić, rozpoczęła zajęcia.
   - Kto zna swoje oko dominujące? - zapytała. Kilka osób podniosło ręce a ja tylko zmarszczyłam czoło. Co takiego? Anabella pokiwała głową, widząc miny osób, do których należałam.
   -  Czym jest oko dominujące? Niczym więcej jak naszym ważniejszym okiem, które ma za zadanie uzyskiwać obraz wybranych przez nas obiektów. Oko drugie, które także skierujemy na wybrany cel dostarczy obrazów pod nieco innym kontem. Taki pakiet informacji, mózg połączy w jeden obraz przestrzenny umożliwiający nam ocenę głębi i odległości.
   Wydawało mi się, że cytuje podręcznik, ale pewnie miała sporą wiedzę o łucznictwie. Kazała nam wystawić przed siebie obie dłonie i zakryć je tak, by wyszedł nam niewielki trójkąt. Wzięliśmy w ten trójkąt wybrany obiekt w oddali i zamknęliśmy lewe oko. Mój obiekt był dokładnie w trójkącie.
   - Kto widział obiekt po zamknięciu lewego oka?
   Uniosłam rękę.
   - Dobrze. Macie prawe dominujące. Ci, którym obiekt się przesuwał, mają lewe.
   Potem robiliśmy jeszcze kilka innych tego typu testów. Gdy już wszyscy dobrze znali swoje oczy, ręce i mieli jakieś pojęcie o swojej koordynacji oko-ręka Ana przybliżyła nam budowę łuku i teorię strzelania. Potem rozdała nam łuki i strzały.
   Serce zabiło mi mocniej, gdy tuzin osób, w tym ja, stanęliśmy przed tarczami i naciągnęliśmy cięciwy. Łucznictwo wydało mi się bardzo ciekawe.
   - Pamiętajcie, równowaga dynamiczna - upominała nas Ana. - Bezruch. Mięśnie klatki, pleców i obu rąk. Nogi twardo. Przygotujcie się... I trzy... Dwa... Jeden... Strzał!
   Dwanaście strzał poszybowało w kierunku tarcz. No, z tym ''w kierunku tarcz'' to do ustalenia... Niektóre strzały, tak jak moja, wcale nawet nie trafiły w tarczę. Usłyszałam przekleństwo kogoś stojącego po mojej prawej stronie.
   Była to dziewczyna o czarnych włosach do obojczyków i w czarnej koszulce, która ją wyróżniała pośród innych. Może właśnie dlatego, że była to koszulka obozowa, ale z kolorami jakby w negatywie - pomarańczowy pegaz i napis, zamiast czarnego. Włożyła ją niedbale w dżinsowe spodenki a moją uwagę przykuły buty dziewczyny - ciężkie, czarne, motocyklowe i odjazdowe. Byłam ciekawa, kim jest i skąd wytrzasnęła tę koszulkę, której kolory nieco odwracały uwagę od kroju worka.
   - To Cassidy Blackwood - wyjaśniła mi Anabella na ucho. - Jest beznadziejna w łucznictwie.
   Zauważyłam, że strzała brunetki wbiła się w drzewo nieopodal. Musiała mieć dobry słuch, bo spojrzała na Anę ze złowieszczym spokojem.
   - Mówiłaś coś? - zapytała blondynkę, niby to od niechcenia przeciągając pieszczotliwie palcem po stalowej obręczy na swoim prawym udzie, do której przyczepione były trzy sztylety. Ana odeszła bez słowa.
   Uniosłam brwi. Nasza grupa wystrzeliła kolejne strzały. Moja wbiła się w obręcz, strzała Cassidy omal nie wbiła się w ramię przechodzącemu chłopakowi.
   - Hayden, patrz okiem dominującym i nie ściskaj łuku tak mocno, bo drży ci ręka - upomniała mnie Anabella, pokazując, jak właściwie mam celować grot. Jej strzała wbiła się idealnie w środek środka.
   - Cassidy, to samo. - Zwróciła się do czarnowłosej. Tak jednak tylko prychnęła pogardliwie i nim zdążyłam mrugnąć tuż obok mnie przeleciała srebrna smuga. To coś wbiło się z brzdękiem w moją tarczę. Otworzyłam bezwiednie usta, widząc chyboczący się lekko nóż, który przepołowił strzałę Anabelli.
   - Co, proszę? - zapytała ironicznie Cassidy z triumfalnym uśmiechem na ustach.
   - Za kogo ty się uważasz? - warknęłam w gniewie.
   - A ty?
   Poraziła mnie pewność siebie, z jaką to mówiła. Inny człowiek słysząc moje pytanie spuściłby głowę i zaczerwienił się po uszy, ale nie ona. Zaimponowała mi. Miałam ochotę powiedzieć "za nikogo'', ale o to przecież jej chodziło.
   - Źle zaczęłyśmy znajomość - powiedziałam, wyciągając do niej rękę. - Hayden, dla znajomych Hay.
   Uścisnęłyśmy sobie ręce. Nie, wróć. Ona podała mi dłoń w taki sposób, jakby była średniowieczną księżniczką, którą wszyscy całują po rękach. Nie wiedziałam, co zrobić, więc tylko skinęłam sztywno głową a ona zrobiła to samo, tyle, że dołączając jeszcze powściągliwe dygnięcie.
   - Cassidy, córka Zeusa. Mówią mi Cass.
   I wszystko jasne. Córka Zeusa. Stąd ta jej duma i postawa wojowniczej księżniczki.
   Wróciliśmy do strzelania. Kontem oka zauważyłam, jak jakiś chłopak o blond włosach podchodzi do Cass i kładzie jej jedną dłoń na talii a drugą delikatnie na szyi po czym uwodzicielsko zjeżdża na bark. Rick.
   - Rozluźnij się, barki niżej, napięcie tutaj - mówił, a raczej mruczał jej do ucha. Oho, pomyślałam. Teraz to mu się oberwie. Cassidy jednak uśmiechnęła się lekko i puściła strzałę, która wbiła się w puszkę trzymanej przez kogoś coli dietetycznej.




Kolejna książka uderzył w przeciwległa ścianę domku numer trzy… Jak się zemścić?! ,,Oto jest pytanie’’, a ja nie znam niestety zadowalającej odpowiedzi. Robaki w śpiworze? Nie, na pewno się ich nie boi. Krew centaura? Przereklamowane. A jakbym tak napuściła na nią mantikorę? Nie… To nie wchodzi w rachubę. Uświadomiłam sobie, że wcale nie chcę zrobić jej krzywdy. Chcę ją jedynie upokorzyć ma oczach wszystkich. Całego Obozu. Chcę, aby czuła się jeszcze gorzej niż ja. Z rozmyśleń wyrwało mnie pukanie do drzwi. Powiedziałam ,,Proszę.’’ I do środka weszła moja najlepsza przyjaciółka Cassidy Blackwood. Lubiłyśmy się, pomimo, że nasi ojcowie ciągle spierali się ze sobą. Zeus i Posejdon. Cass krzyknęła swoim zachrypniętym głosem:
- Byłam z Hay na łucznictwie!
- Od kiedy mówisz ,,Hay’’ na tę wredną zołzę? – nie wytrzymałam i warknęłam
- Od kiedy uświadomiłam sobie, że nie warto trudzić się z wymawianiem całego jej imienia.
Zaśmiałam się.
- Jeśli chodzi o tę zemstę, którą od tylu godzin planujesz to nie martw się. – powiedziała jakby znała moje myśli – Jeszcze coś wymyślisz. Cass puściła do mnie perskie oko. A tymczasem? Pomóż mi napisać kolejny artykuł go Gazetki Obozowej.
Moja przyjaciółka taka już była… Nigdy o nic nikogo nie prosiła, a jednak zawsze dostawała to, czego chciała. Ponadto miała ogromny talent do pisania, więc od pewnego czasu zajęła się prowadzeniem gazetki, której nadała nazwę ,, Półboski Tygodnik’’.
- Jasne – odpowiedziałam z nadzieją, że choć na chwilę uda mi się oderwać od nieprzyjemnych myśli i codziennych problemów zwykłej 14- latki. – A o czym chciałabyś napisać?
- O zbliżającej się Bitwie o Sztandar.- oznajmiła nieznoszącym sprzeciwu głosem – Hmm?- zastanowiła się chwilę.- Może coś takiego:
,, Kevin Johnson- grupowy domku Hermesa niestety nie chce wyjawić nam informacji dotyczącej składu drużyn, ale spokojnie. Mamy dla was inne, ciekawe newsy:
 Od Gabriell Miller- córki Afrodyty dowiedzieliśmy się, że tym razem ich domek nie weźmie udziału w zabawie. Zapewne niektórzy z was zapytaliby: ,,dlaczego?’’. Śpieszę, więc z odpowiedzią. Dziewczęta oczywiście pojawią się na miejscu, ale jako…. Cheerlederki!
Uśmiechnęłam się i wyobraziłam sobie dwa rzędy tak samo wyglądających wytapetowanych  lalek Barbie. Cassidy przemówiła dalej płynnym radiowym głosem:

Uwaga, uwaga!
Ogłoszenie:
Drodzy chłopcy! Ostrzegam! Przygotujcie się na wyeksponowane nogi, krótkie bluzeczki odsłaniające brzuch i biust, który z pewnością będzie się bardzo rzucał w oczy. Kochani! Jak na jeden dzień może być to dla was zbyt duży szok, więc radzę patrzeć w innym kierunku i zająć się grą. Dziękuję! 


-  Cassie, jesteś po prostu genialna! – krzyknęłam i złapałam się za brzuch, skręcając się ze śmiechu.
Moja kumpela skrzywiła się tylko. Nie przez komplement, lecz przez ksywkę, którą jej nadałam. ,,Cassie kojarzyło jej się z ,,Nassie’’, a ,,Nassie’’ z kolei z potworem z Loch Ness. Nikt pewnie nie chciałby, żeby porównywano go z potworem. Nie lubiła, kiedy tak do niej mówiłam, a gdyby ktoś inny powiedział do niej w ten sposób zapewne leżałby martwy, przebity nożem.
- Najlepsze jest to - ciągnęła dalej
,,Gdy pytamy o powód tej zmiany odpowiada: ,,Jak to po co? By zwrócić na siebie uwagę najatrakcyjniejszych chłopców w Obozie’’
Śmiałam się jak wariatka, ale zapytałam tylko :
- Cassidy jak myślisz? Po co one to robią? Przecież jakby chciały wszyscy chłopcy i tak przylecieliby do nich gotowi spełnić każdą zachciankę…
- Myślę, że wiedzą, iż tylko w takiej sytuacji w Chejron nie ochrzani ich na cycki na wierzchu- zatrzęsła biustem niczym Panie na teledyskach disco- polo
Dzięki poczuciu humoru mojej cudownej przyjaciółki poczułam się o wiele, wiele lepiej, bo przez resztę popołudnia śmiałyśmy się naśladując płytkie laleczki od Afrodyty.
A wracając do zemsty… - powiedziała, a ja skrzywiłam się – Masz coś przygotowane?
- Nie, jeszcze nie.
-  Krew centaura, robaki, błoto w śpiworze, kompromitujące zdjęcia?
Nie. Przereklamowane. – stwierdziłam
-  A może Laura ma jakieś kąsające kwiatki?
Uśmiechnęłam się.
- Już to widzę… Potwór z chwastów atakuje Hayden.-  Zemsta, zemstą- coś wymyślę. Mów lepiej, co u ciebie?
- Rick to totalny idiota! Dziś się w tym utwierdziłam. Próbował mnie obściskiwać!
- Gadasz? Naprawdę? Co mu do głowy strzeliło? Narazić się na takie niebezpieczeństwo – udałam troskę, ale od zawsze wiedziałam, że Rick był idiotą i największym podrywaczem, jakiego widział świat.
Po chwili obie tarzałyśmy się po podłodze ze śmiechu i nie zwracałyśmy uwagi na to, że właśnie ktoś mógł nas podsłuchiwać, podczas gdy mu obgadywałyśmy ludzi ot tak, bo nam się nudzi.
- Dziewczyny są strasznie mściwe, nie uważasz Kevin? A może raczej… głupie?
Odwróciłyśmy się jak na żądanie.
Charlie.
Wysoki, ciemnowłosy, nieziemsko przystojny chłopak, który bardzo działał mi na nerwy.
Zza jego ramienia Kevin uśmiechał się do mnie nieśmiało.
Mimowolnie przygryzłam dolną wargę. Przypomniałam sobie, kiedy pierwszy raz go poznałam. Nie było to przyjemne spotkanie. Nie dość, że powiedział, o jego zdaniem moim niewielkim biuście i nabijał się ze mnie to jeszcze teraz miał czelność wchodzić do MOJEGO domku! Czułam jak wzbiera się we mnie gniew.
- Czy ktoś pozwolił Ci na nas patrzeć, Pomyleńcu?! –  Cassidy warknęła z takim jadem w głosie, że aż przeszedł mnie dreszcz i wzdrygnęłam się.
- Jeśli już chcesz wiedzieć Blackwood to patrzenie na was nie jest dla mnie żadną przyjemnością.
- To może przyjemność sprawi Ci zabranie stąd swojej zacnej osoby, co? – syknęłam kładąc nacisk na słowo ,,zacnej osoby’’
-Bardzo chętnie. Jestem tu tylko, dlatego, że Chejron kazał Wam powiedzieć, że dziś wieczorem jest ognisko. Obecność obowiązkowa. – powiedział i wyszedł ocierając się o mnie barkiem.
- Victorie! Vic! – Krzyczała Cassidy potrząsając mną lekko
- Cccooo? Co? Co się stało? – zapytałam
- Ufff! Kamień z Serca! Myślałam, że coś Ci jest. Pomyleniec poszedł sobie minutę temu, a ty stoisz od tego czasu z zamkniętymi oczami  i…
- Stałam przez minutę z zamkniętymi oczami? – zdziwiłam się
- Tak! I uśmiechałaś się jak…jak…zakochana.
Nie odezwałam się.
- Coś ty? Zwariowałaś! W Pomyleńcu?!
- Nie… Skłamałam szybko – Chyba mam nowy pomysł na zemstę
Cassidy przez jakiś czas patrzyła na mnie podejrzliwie, ale w końcu musiałyśmy iść na to przeklęte ognisko. Gabrielle zaczęła śpiewy, więc niechętnie przyłączyłyśmy się do niej. Starałam się unikać czujnego wzroku przyjaciółki. Skupiłam się na odnalezieniu wzrokiem Charliego.
Znalazłam.
Uśmiechał się do mnie złośliwie obejmując w tali jakąś brązowowłosą dziewczynę.






poniedziałek, 25 maja 2015

Kiedy? Co? Jak?

Hej!!!  Witamy wszystkich, którzy czytają nasze amatorskie wypociny :)

Dziękujmy Wam  za takie cudowne komentarze- są bardzo motywujące oraz za te 450 wyświetleń :P

Rozdziału 2 prawdopodobnie można się spodziewać pod koniec tygodnia bądź na początku następnego (chociaż  nie obiecujemy, że na pewno...)

Przepraszamy bardzo, ale sami rozumiecie (sprawdziany, kartkówki, poprawy i tak dalej. Nauczyciele się uwzięli...).

Zbliża się koniec roku, więc trzeba trochę wyciągnąć sobie średnią (żeby się rodzice za bardzo nie ,,wpieniali''  i zafundowali jakieś przyzwoite wakacje to  trzeba się starać :D)

PS Mamy nadzieję, że na razie weny  nam nie zabraknie :) ( rozdział 3 i 4 są w ,,toku'' )
     Jak wam się podoba nowe tło? (Osobiście wydaje się nam lepsze). W najbliższym czasie powinien pojawić się spis postaci ze zdjęciami ich realnych wzorców (uczniowie naszej klasy >.<)
    
                                                                     UWAGA!
Od wtorku ( 02.06.2015 r. ) adres będzie zmieniony na: z-obozu-herosow.blogspot.com, więc zapiszcie sobie czy ,co tam chcenie- grunt byście wiedzieli :) Powiedzcie  znajomym, polecajcie, jeśli się podoba i jak możecie podzielcie się opinią w komentarzach :)
                                                                                                                    Pozdrawiamy :*
                                                                                                                         Miłego dnia! :)

                                                                                                                           ~Autorki~


                                                                                                                    


wtorek, 19 maja 2015

Przepraszamy!

   Hej! Rozdział drugi zostanie wstawiony z opóźnieniem ( wynikło małe nieporozumienie ) Postaramy się to wynagrodzić tym osobom, które to czytają (o ile takie są ) Prosimy o komentarze i  szczere opinie. Jeśli widzicie błędy prosimy o ich wytykanie :)

~ Autorki ~


Witam! Jak wiadomo, bezczelność to moje drugie imię, ale tym razem postanawiam stępić pióro i grzecznie podziękować za komentarze w imieniu swoim  i obu autorek. Dodanie drugiego rozdziału opóźni się z tego względu, że mnie najzwyczajniej w świecie nie chce się tego tu przepisywać i poprawiać (a wierzcie mi, robię coś więcej niż tylko poprawianie literówki czy orta).
Zachęcam do słania linku (tak, już zmienionego) znajomym i, wow, czuję się jak Komorowski, zachęcania znajomych do czytania. Bardzo się cieszę, że się podoba i gorąco proszę, byście z nami zostali. A, jeszcze do ninja, którzy nabijają nam wyświetlenia i nie komentują - wierzcie mi, komentarze nie powodują żadnych poważniejszych chorób.
Specjalnie dla was odpalam bezczelną emotikonkę: :>

Z pozdrowieniami
- Hoho