poniedziałek, 8 czerwca 2015

By umilić wam czekanie - perspektywa Cassidy Blackwood

   Witajcie! Serdecznie chciałabym powitać w gronie czytelników wszystkich na poniższej liście:

 - Avenger
 - Ariva YT
 - Olga R
 - Robin Kalen
 - Melete
 - Kee wi
 - Patrycja Klawas
 - luna tyczka
 - Weronika Kostrzewa
 - Nyksiątko :D

 Oraz panie i panów ''ninja'', którzy czytają i nie komentują. Nie jesteście godni umieszczenia na liście. ^^

Dziś przybywam do was z własną pracą, pisaną z punktu widzenia Cass, córki Zeusa, z którą nieco zapoznaliście się w rozdziale drugim. By umilić (?) wam czekanie na kolejny rozdział, zachęcam do przeczytania czegoś w całości mojego. Nie wiem, czy się spodoba - One są ode mnie sto razy lepsze w sztuce pisania, ale cóż...
Nie przedłużając, smacznego.

  Cięłam oburącz i od razu odskoczyłam, nim zdążył wykonać jakikolwiek ruch. Patrzyłam uważnie na jego stopy - zawsze przed atakiem uginał mocniej jedno kolano. Wykonał błyskawiczne cięcie zręczne, na co ja zareagowałam natychmiastową zastawą. Cofałam się powoli, szybko i zręcznie odpowiadając na jego pchnięcia zwodami i unikami. W pewnym momencie wyczułam kolejne cięcie mojego przeciwnika i już wiedziałam, że nie mam dość siły, by je odeprzeć. Zrobiłam półobrót, chcąc połączyć zwód i odparcie od dołu, gdy nagle jego miecz uderzył od góry w moją zbroję przy karku. Miecz wypadł mi z ręki, gdy upadłam na twardą ziemię areny.
   Usłyszałam głośne jęki zawodu mieszające się z radosnymi okrzykami.
   - Znowu - wycharczałam, przekręcając się na plecy. Rick szczerzył do mnie zęby, wyciągając rękę.
   - Zapominasz o paradzie, nie osłaniasz karku. Gdyby to była prawdziwa walka, leżałabyś tu bez głowy - mówił, a mały tłum osób z otaczającego nas kręgu wymieniał się drahmami. Zawsze robili zakłady, gdy walczyłam z Rickiem.
   Pomógł mi wstać. Uścisnęliśmy sobie dłonie.
   - Jutro rewanż - zaproponowałam, a raczej wydałam rozkaz. Skinął głową, nadal się szczerząc. Byłam pewna, że jutro to ja wygram walkę.
   Odgarnęłam z czoła włosy i spojrzałam na otaczający nas tłum, który powoli się przerzedzał. W pewnym momencie ktoś złapał mnie za rękę. Kierowana naturalnym odruchem bitewnym, przyłożyłam temu ktosiowi ostrze miecza do tętnicy, nim zdążył mrugnąć. Rudowłosa dziewczyna puściła moją dłoń i uniosła ręce w geście poddania. Roześmiałam się. Ivy.
   - Co jest?
   - Afera - wyjaśniła szybko, ciągnąc mnie w stronę Wielkiego Domu. - Jakaś nowa zaczęła się kłócić z Victorie!
   Jej oczy błyszczały z podniecenia, jak zawsze, gdy gdzieś panowała niezgoda. Zlekceważyłabym jej słowa, gdyby nie padło jedno imię: Victorie.
   - Vic? - Zmrużyłam groźnie oczy, choć w środku mnie narastało zmartwienie, nie gniew. - Gdzie one są? - W moim głosie pobrzmiewała groza. Mocniej ścisnęłam miecz, gotowa wydłubać końcem ostrza oczy ''tej nowej''.
   Przed Wielkim Domem zgromadził się chyba cały obóz. Przedarłam się przez tłum, zostawiając za sobą Ivy.
   - Przejście, proszę mnie przeprosić. Ja z mieczem - mówiłam, rozpychając się łokciami. - Odsunąć się, do cholery! - wybuchłam wreszcie, a obozowicze bez sprzeciwu przepuścili mnie.
   Dwie dziewczyny stojące w samym środku zamieszania chyba nie słyszały nawet mojego krzyku. W oczach Victorie dostrzelam coś na kształt ''Yyy... ale o co ci chodzi?'' zaś oczy nieznanej mi, czarnowłosej dziewczyny skrzyły się gniewem.
     - Ciekawe, czy ty byś była miła, jakby jakaś tępa kretynka łaziła za tobą co krok i próbowała utrudnić życie! - wykrzyknęła i zrobiła coś, za co byłam gotowa wyciągnąć jej mózg nosem, o ile ten mózg miała. Oblała moją przyjaciółkę colą i roześmiała się szaleńczo.
   - Suka - syknęłam. Miałam już podejść do Victorie i w jej imieniu wyrwać nowej te czarne włosy ze łba, ale moją uwagę odwróciła szydercza uwaga na temat stanika mojej przyjaciółki, wypowiedziana przez kogoś obok mnie.
   - Coś powiedział? - warknęłam, łapiąc za szyję dużo wyższego ode mnie chłopaka. Przyłożyłam mu ostrze miecza z tyłu szyi, trzymając jednocześnie kolano tuż przy jego kroczu, gotowa w każdej chwili zadać bolesny cios. Zdał sobie pewnie sprawę, że mogę mu zrobić krzywdę, po wyraz jego spojrzenia zmienił się z kpiarskiego na przerażony. Niemal słyszałam, jak jego wewnętrzny, tchórzliwy chomiczek błaga o wybaczenie.
   - Powtórzysz, bo nie dosłyszałam? - syknęłam. I już by odszczekał swoje słowa, gdyby ktoś nie chwycił mnie z tyłu za ramiona.
   - Cassidy - szepnął mi do ucha znajomy głos. - Musimy zabrać stąd Victorie zanim rzuci się na tę dziewczynę.
   Fala wściekłości zalała moje ciało. Wydawało mi się, że krew w żyłach mi wrze. Poczułam wypełniającą mnie, elektryzującą siłę, a dłoń, którą trzymałam szyję chłopaka, pokryła się jadowicie niebieskimi wyładowaniami elektrycznymi. Moja niedoszła ofiara wrzasnęła, a źrenice jego oczu rozszerzyły się w paroksyzmie strachu.
   Oddychając głęboko, puściłam chłopaka, a on opadł bezwładnie na ziemię, charcząc i plując.
   - Wariatka - wykrztusił, trzymając się za szyję. Obrzuciłam go lekceważącym spojrzeniem, odchodząc.
   Victorie stała oniemiała, odprowadzając spojrzeniem oddalającą się brunetkę. Kevin położył jej dłoń na ramieniu i chyba dopiero ten dotyk nieco ją otrzeźwił.
   - Za co? Co ja jej takiego zrobiłam? - szeptała, chyba nawet nie wiedząc, dlaczego szepcze. Spojrzałam w jej duże, pełne błękitu oczy. Niemal widziałam wichurę różnorodnych emocji, która w niej szalała. Złość. Smutek. Jeszcze większa złość. Jeszcze głębszy smutek. Niezrozumienie. I jeszcze raz złość i smutek na raz.
   Mimo, że nie byłam córką Aresa, czasami miałam niewypowiedzianą chęć przywalenia komuś. Nie, żebym była jakąś narwaną wariatką, tylko chyba miałam jakiś wbudowany moduł wewnętrznej wojowniczki, która chroniła swoich przyjaciół. Zawsze i za wszelką cenę.
   Postanowiłam zostawić Victorie z Kevinem. Przyjaciółka stanowczo zakazała mi pokazywania czarnej jędzy, kto tu rządzi i komu nie należy podskakiwać. A ja nie lubiłam czuć takiej bezsilności. Chciałam jej pomóc, a pomoc w tym przypadku chyba ograniczała by się do miłych, pocieszających słów. Musiałam szczerze przyznać, że nie byłam w tym dobra.
   - Przyniosę ci czekoladę - szepnęłam, przytulając Vic. Starałam się wlać w ten uścisk wszystkie ciepłe myśli i emocje, które chciałam jej przekazać.
   Uśmiechnęła się do mnie, pomimo, że w jej błękitnych oczach czaiły się łzy.
   Resztę dnia spędziłam na arenie ćwicząc bōjutsu, które było dodatkową sztuką walki dla zainteresowanych. Na arenie do łucznictwa ćwiczyłam miotanie nożami, gdyż tylko to zajęcie było dla mnie właściwym wykorzystaniem tarcz. W łucznictwie byłam niezbyt dobra, bo nie słuchałam rad. Rzucanie nożami natomiast wychodziło mi świetnie, głównie dlatego, że w tej sztuce byłam samoukiem. Ale taka już byłam. Uznawałam się za numer jeden. Może byłam obciążona tą cechą genetycznie? Serdeczne pozdrowienia dla tatusia.
   Następny dzień zaczęłam od... łucznictwa, a jakże by inaczej! Potrafiłabym zrobić użytek ze strzały - z łatwością można wbić komuś grot w szyję. Cięciwą łuku może dałoby się przeciąć komuś tętnicę szyjną, co prowadziłoby do wykrwawienia. Ale co ja mam zrobić z tym i tym jednocześnie?...
   Zasznurowałam mocniej motocyklowe buty. Słowa Anabelli wpadały mi jednym uchem, wypadały drugim. Jednak jej szept zatrzymał się na trochę dłużej w moim mózgu, niż poprzednie słowa nauczycielki.
   Beznadziejna w łucznictwie? Może i tak, ale czy pozwoliłam wypowiedzieć komukolwiek ten fakt na głos? Zmrużyłam oczy, zwracając się do łuczniczki.
   - Mówiłaś coś? - spytałam spokojnie, sunąc powoli palcem po boku ostrza jednego ze spiżowych sztyletów przeczepionych do stalowej obręczy na moim udzie. Tak jak się spodziewałam, Anabella odeszła, nie odezwawszy się ponownie. Dobrze. Tak trzymać.
   Wspominałam już, że nienawidzę, jak zwraca mi się uwagę? Ten błąd popełniła blond włosa, mówiąc:
   - Cassidy, to samo.
   Z moich ust wyrwało się pogardliwe prychnięcie. Jednym ruchem wyjęłam nóż z obręczy i nim ktokolwiek zdążył mrugnąć, lekkim gestem rzuciłam nim w stronę tarczy czarnowłosej dziewczyny. Przepołowił idealnie wbitą w środek strzałę Anabelli.
   Znów udałam głuchą.
   - Co, proszę? - zapytałam, przesycając głos ironią. Na moje usta niespodziewanie wkradł się triumfalny uśmiech. I wtedy stało się coś, czego najmniej się spodziewałam.
    - Za kogo ty się uważasz? - usłyszałam gniewny warkot stojącej po mojej lewej, czarnowłosej dziewczyny. Dopiero teraz rozpoznałam w niej tę, która oblała Vic colą, ale stłumiłam twardo tornado negatywnych uczuć, które zaczęły wydzierać się ze złej połowy mojego serca.
   Pełne, krwistoczerwone usta dziewczyny wykrzywione były w gniewnym grymasie, a duże oczy w kolorze chłodnego brązu przewiercały mnie na wylot. Wzdrygnęłam się niezauważalnie. Wstrętne spojrzenie.
   - A ty? - odpowiedziałam pytaniem, nim zdołałam ugryźć się w język. Przechyliłam lekko głowę, przyglądając się dziewczynie z zaciekawieniem.
   - Źle zaczęłyśmy znajomość.
   O, tak. Tu miała rację. Uniosłam lewy kącik ust, siląc się na krzywy uśmiech.
   - Hayden, dla znajomych Hay - powiedziała brunetka. Hayden? Stanowczo za ładne imię i za ładna twarz jak na kogoś, kto oblewa moją przyjaciółkę colą. Nie wyraziłam na głos tej myśli, choć usilnie pchała mi się na język.
   Podałam jej dłoń, chcąc wierzyć, że w głębi ducha nie jest taka zła, jaka się wydaje. Może incydent z Vic był tylko porywczym wybrykiem...? Przedstawiłam się Hayden, celowo zaznaczając, że jestem córką Zeusa, żeby miała jako-taką świadomość, iż ja - podobnie jak tatuś - lubię rządzić.
   Wróciłam do strzelania, starając się uspokoić krążące w mojej głowie myśli. Może ta Hayden nie jest taka zła?, pytała jedna strona mojego ''ja''. Sprawiła przykrość mojej przyjaciółce, wściekle odpowiadała druga. Westchnęłam. Byłam pełna sprzeczności. Jeśli lubiłam jakąś rzecz, było niemal pewne, że lubią także jej przeciwieństwo. Oszaleć z tym można.
   Nagle pojawił się ktoś, kto jeszcze bardziej namieszał mi w głowie. Poczułam jego ciepłą dłoń na swojej talii, drugą zaś na szyi. Przyłapałam się na odchylaniu głowy, gdy delikatnym ruchem, jakby rozkoszując się ciepłem mojej skóry, Rick sunął dłonią w kierunku mojego barku. Mruczał mi rady do ucha. Ciepły oddech chłopaka smagał moją szyję, przez co okryłam się dreszczem na całym ciele.
   Nawet nie patrzyłam, gdzie trafiła moja strzała.

   Wieczór spędziłam w domku numer trzy, u Victorie. Wymyślałyśmy artykuł do ''Półboskiego Tygodnika'' - gazetki, którą prowadziłam. Starałam się oderwać myśli przyjaciółki od Hayden i nawijałam jej o bitwie o sztandar, o Gabrielle, której na równi nie znosiłyśmy. Cieszyłam się, słysząc jej dźwięczny śmiech. Śmiała się, ale gdzieś w kącikach jej oczu dostrzegłam mieszankę smutku i złości.
   Kurację śmiechem przerwał nam Charlie, wchodząc do domku Posejdona w towarzystwie Kevina.
   - Dziewczyny są strasznie mściwe, nie uważasz, Kevin? A może raczej… głupie?
   Odwróciłam się ze świeżo nabytym gniewem w oczach. Kontem oka zauważyłam, jak Victorie przygryza wargę. Pewnie hamowała wszystkie wulgarne słowa, którymi chciała obrzucić Charliego. Odezwałam się pierwsza.
  - Czy ktoś pozwolił ci na nas patrzeć, Pomyleńcu? - zapytałam, nie podnosząc głosu, ale z takim jadem, że aż dostał gęsiej skórki.
   - Jeśli już chcesz wiedzieć, Blackwood, to patrzenie na was nie jest dla mnie żadną przyjemnością - odpowiedział mi z niechęcią w głosie, choć jego wbite w moją przyjaciółkę spojrzenie mówiło zupełnie co innego. Nim znalazłam odpowiednio ciętą ripostę, inicjatywę przejęła Vic.
  - To może przyjemność sprawi ci zabranie stąd swojej zacnej osoby, co?
   Pomyślałam, że może dzieci od Trójki mają wrodzoną umiejętność ciskania ciętymi ripostami.  Charlie zbliżył się o krok w stronę Victorie i powoli poszedł gdzieś za nią. Zauważyłam, że przeciągnął wolno palcem po jej nocnej szafce, jakby sprawdzając czystość.
 - Bardzo chętnie. Jestem tu tylko dlatego, że Chejron kazał wam powiedzieć, że dziś wieczorem jest ognisko. Obecność obowiązkowa.
   I po prostu wyszli. Nie uszło mojej uwadze, że ten kretyn otarł się barkiem o moją przyjaciółkę, która teraz stała jak zaklęta. Miała zamknięte oczy, błogą minę, a jej rozchylone wargi rozciągnięte były w lekkim uśmiechu. Przeraziłam się.
   Zaczęłam nią potrząsać, wykrzykując raz po raz imię dziewczyny. 
   - Cccooo? Co? Co się stało? – zapytała wreszcie, jakby wyrwana z głębokiej zadumy. Wyjaśniłam jej więc podirytowana, co robiła, gdy oni już wyszli. A raczej czego nie robiła - z pewnością nie myślała. Albo myślała, ale o tym idiocie. Złączyłam wątki.
   - Coś ty? Zwariowałaś! W Pomyleńcu?! - wykrzyknęłam. O, tato i wszyscy bogowie. O, Afrodyto, zróbże coś z tym! Zabij go, utop, cokolwiek, byleby obiektem westchnień mojej przyjaciółki nie był Pomyleniec.
   Victorie, oczywiście, gorąco zaprzeczyła moim podejrzeniom, zmieniając temat. Gdy szłyśmy na ognisko, obserwowałam ją uważnie.
   - Gdy kłamiesz, widać ci ząb mądrości... - mruknęłam cicho, ale ona chyba mnie nie słyszała. Podążyłam za jej spojrzeniem i... No, zgadnijcie, kogo zobaczyłam?
   Pomyleńca, a jakże.




4 komentarze:

  1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  2. Świetny rozdział! Muszę naprawdę pogratulować Ci stworzenia dobrej postaci co jest naprawdę trudne, ale tobie się udało. Cassidy jest cudowna! Jest bardzo ciekawą i barwną osobą. I dziękuję, że wstawiłaś tę perspektywę.
    Do zobaczenia, mam nadzieję szybko ;)
    Ps. Czy mogłybyście zajrzeć również na mojego bloga?
    http://kochamciewieszotym.blogspot.com/
    xxx Melete

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo dziękuję, że ci się podobało, 'cna niewiasto. Każda postać, którą tworzę, wypływa w jakimś stopniu ze mnie samej, a w każdym człowieku gnieździ się tyle cech, że z pewnością można by nimi obdzielić z tuzin bohaterów...
      Nudziło mi się. Napisałam ją w pół godziny i postanowiłam się tym podzielić. Widać dobrze zrobiłam. C:
      Serdecznie dziękuję za tak miłą opinię i tylko skończę komentarz, już lecę na Twojego bloga. ;)

      Z wyrazami szacunku,
      - Hoho

      Usuń
  3. Ani dobre ani złe. takie poprostu nijakie i pewnie dlatego tylko jeden kom....

    OdpowiedzUsuń